Kierunek: Diamentowy Płaskowyż

wrzesień, 2014

 

Wyboista droga do Lencois

Po zwiedzaniu Rio, kolejnym miejscem, które chcieliśmy koniecznie odwiedzić była Chapada Diamantina, czyli Diamentowy Płaskowyż (jak mniemam). Ponieważ nie udało mi się znaleźć bezpośredniego lotu w okolice Lencois (główny punkt wypadowy do Parku Narodowego Chapada Diamantina), podróż musiała przebiegać przez Salvador. Nawiasem mówiąc, właśnie dlatego zdecydowaliśmy się zwiedzić to miasto w drodze powrotnej. Ale o tym kiedy indziej. Sam lot do Salvadoru przebiegł bardzo przyjemnie. Linie Avianca zaprezentowały się nam jako bardzo czyste i nowoczesne – z elegancką obsługą, systemem rozrywki pokładowej i przekąską podawaną pasażerom. To była z pewnością najwygodniejsza część podróży.

Natomiast transfer z lotniska na dworzec autobusowy to już inna para kaloszy. Przejazd był mocno improwizowany i wręcz dziwię się, że jakoś dojechaliśmy do celu. Kilka dni wcześniej poznawaliśmy komunikację miejską i transport okołolotniskowy w Rio, który okazał się być stosunkowo przyjazny turystom. To uśpiło naszą czujność.

W Salvadorze na lotnisku grzeczny pan w informacji turystycznej idealnie wypisał nam listę autobusów, które dowiozą nas do miejsca przesiadki. Napisał też gdzie i ile razy mamy się przesiąść, aby dojechać na miejsce. Dlaczego nie ma bezpośredniego autobusu z gigantycznego lotniska na mocno oblegany dworzec autobusowy? Kto wie. A dlaczego na przystanek autobusowy przy lotnisku tak trudno trafić? Tego pewnie też nikt nie wie. Ale udało się. Przystanek był. Były też autobusy opisane nazwami, jak na kartce od pana z punktu IT.

No i kolejny problemik – bo jak wsiąść z walizką do autobusu z wąską obracaną bramką? Ano górą 😉 Wtarabaniliśmy się jakoś i momentalnie zaczęliśmy się zastanawiać, skąd mamy wiedzieć gdzie wysiąść. Toż to nie wiedeńskie metro, żeby było napisane, że już. Ale na migi udało się poprosić pana sprzedającego bilety w autobusie, że da nam znać, a my wtedy pociągniemy za specjalny sznureczek, który daje z kolei znać kierowcy, żeby się zatrzymał. I zadziałało!

Przesiadka pod jakimś domem handlowym. Były ambitne plany – centrum handlowe, pójdziemy na kawę. Ale centrum handlowe wyglądało jak targ przy giełdzie samochodowej, tyle, że w nocy. Pieczenie kiełbas i innych mięs, targowanie – o Starbucksie zapomnij 😉 Do tego brak jakichkolwiek oznaczeń, a autobus trzeba było zatrzymywać machając. Drugi autobus, który nas wiózł był jeszcze mniejszy. Przeciąganie naszych walizek ponad mikro-bramką wydawało się niemalże niestosowne. Ale dotarliśmy na rodoviarię, którą wielu internautów opisywało jako świetnie zorganizowany dworzec. I trzeba przyznać, ze zorganizowany jest nieźle i czysty też, ale klimat rodem z lat 90-tych i szału się spodziewać nie należy.

Na dworcu bardzo miałam ochotę wypić coś w rodzaju naszego polskiego Kubusia. No i napiłam się… koncentratu! Kara za ignorancję – kupowałam na wygląd, nie patrząc na etykietę. Potem piliśmy jeszcze piwo Skol – nie boję się powiedzieć, że to najgorsze piwo świata.

Po kilku godzinach wsiedliśmy w autobus (ClickBus), który ok. 6 rano miał nas wyrzucić w Lencois. Wszystko zorganizowane elegancko. Pan odbiera bagaże, przykleja numerki. Siedzenia też numerowane, miękkie, rozkładane do leżenia, tylko toaleta trochę nie tego… ale nie ma co marudzić. Ci, którzy mają twardy sen z pewnością się wyspali. Jak dla mnie sama jazda była zbyt szalona. Nie wiem, czy to za sprawą kierowcy, czy drogi, ale miotało nieznośnie i czasem miałam wrażenie, że wzbijamy się w powietrze. A może marudzę? Jakby nie było – po niemalże dobie dotarliśmy do Lencois.

Pierwsze kroki w Lencois

Dobicie do Lencois nie oznaczało jednak końca przygód. Inni podróżni byli na tyle sprytni, aby zawiadomić swoich gospodarzy, że przyjadą wcześnie rano. Dlaczego mi nie przyszło to do głowy? Kto wie. Dworzec szybko opustoszał, tylko my, jak potępieńcy, zostaliśmy sami z naszymi dwoma smutnymi walizkami. W końcu udało się nam je podrzucić do naszej „pousady”*, ale zameldować nie mogliśmy się jeszcze przez kilka godzin.

Na szczęście Lencois to nie Rio. Miasteczko sprawiało wrażenie super bezpiecznego i przyjaznego. Przekimaliśmy chwilę na ławce, a potem zrobiliśmy krótki rekonesans po okolicy z przystankiem w uroczym, improwizowanym lokalu w środku dżungli serwującym owoce. Mówiąc o lokalu mam na myśli pozamiatany (sic!) kawałek dżungli z hamakami i mistrza, który serwował ananasy i inne frukta. Ot co.

Samo miasteczko ma historię niczym z filmu. W XIX w. było osadą, do której ściągali poszukiwacze diamentów, bo w tutejszych osadach rzecznych ten cenny minerał można było znaleźć. Dzisiaj, miasteczko przypomina jedynie o dawnej historii. Jednak wciąż, gdy patrzymy na Mercado Cultural, dzisiaj bazar z pamiątkami, wciąż możemy sobie łatwo wyobrazić handlarzy diamentów, którzy niecały wiek temu właśnie w tym miejscu wyceniali wydobyte minerały, targowali się i dobijali transakcji. Poza dwoma placami, Praca Horacio Matos i Praca Nagos, które pełnią dzisiaj rolę starego rynku, Lencois to plątanina wąskich uliczek z maleńkimi domami. Ich fasady są nieraz dość mocno przyniszczone, ale zawsze kolorowe. W oknach nie ma szyb – bo i po co?  A życie oczywiście toczy się na ulicy.

Po niewyobrażalnym zmęczeniu zabrakło sił na planowanie kolejnego dnia i zdecydowaliśmy się na wykupienie wycieczki z biurem. Tanio nie było, ale jak się okazało, impreza była warta swojej ceny. Ale o tym niebawem…

To co istotne z praktycznego punktu widzenia, Lencois okazało się najtańszym miejscem na naszej trasie. Dodatkowo przyjaznym turystom i bardzo bezpiecznym. Dodajmy do tego niepowtarzalne atrakcje przyrodnicze i jest przepis na idealne wakacje. Jedyna uwaga – na informację turystyczną w Lencois liczyć nie należy. Obsługa rozkłada ręce i kieruje turystów do biur podróży.

Tego dnia wystarczyło jeszcze sił na krótki spacer, zakwaterowanie i próby zrobienia caipirinhi** w warunkach hotelowych. Potem tylko sen…

 

* W Lencois nocowaliśmy w Pousada Lavramor. Wygodnie, tanio, czysto i ze smacznym jedzeniem

** Nawiasem mówiąc, caipirinha to narodowy drink Brazylii robiony na bazie mocnego alkoholu cachasa (wym. kaszasa), który jest w Brazylii nieprzyzwoicie tani (kosztuje ok. 20 zł za litr).

 

Tutaj komplet fotek z całej przeprawy do Lencois i naszych spacerów po miasteczku:

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s