Pierwsze kroki w Rio – plaże i ogrody

wrzesień, 2014

Zanim nadszedł pierwszy dzień w Rio, był jeszcze pierwszy wieczór w Rio, bo właśnie wieczorem wylądowaliśmy na Galeao – Międzynarodowym Lotnisku w Rio de Janeiro. Na miejscu od razu uderzyła nas ogromna liczba policjantów, uzbrojonych ochroniarzy… i napastliwych właścicieli taksówek. Stosunkowo szybko udało się wymienić pieniądze (pisałam o tym w poście o Walucie i cenach), a potem ruszyliśmy na poszukiwania autobusu, który miał nas zawieść do dzielnicy Botafogo. Wskazówki dotyczące najlepszego (i najtańszego) transportu na miejsce dostaliśmy wcześniej od gospodarzy hostelu.

Ale wracając do transportu… Na lotnisku funkcjonuje świetny punkt informacji turystycznej, na którego wskazówkach można polegać. Znajduje się on zaraz przy wyjściu z hali przylotów – nie sposób ominąć. Miła pani wskazała nam kierunek do przystanku autobusowego. Lotnisko w Rio obsługuje specjalna sieć granatowych autobusów, które jeżdżą w różne części miasta i startują co 20 min. Zatem do Botafogo dojechaliśmy sprawnie.

Z Botafogo mieliśmy wziąć taxi. Gospodarz hostelu poinformował nas, że taksówka nie powinna kosztować więcej niż 15 R$, ale pierwszy napotkany taksówkarz chciał dwa razy więcej. I już mieliśmy się poddać, gdy podjechał następny, panowie podyskutowali i zabrał nas na taksometr – faktycznie zapłaciliśmy 15 R$ :] Pan był na tyle miły, że po dowiezieniu nas na miejsce stał jeszcze chwilę upewniając się, że trafimy do hostelu.

Na miejscu dopadł mnie ciężki jetlag, dlatego zdołaliśmy jeszcze zdegustować lokalne piwo Brahma i zapadliśmy w sen.

***

Kolejny dzień był tak naprawdę pierwszym dniem spędzonym w Rio z pełną świadomością. Nie byliśmy do końca pewni, czego się spodziewać. W naszej wyobraźni mieszały się relacje zachwyconych podróżnych, którzy pisali o pięknym kraju i przyjaznych pomocnych ludziach z ostrzeżeniami o bandytach i niepokojącymi statystykami kryminalnymi. Ruszyliśmy zatem przygotowani jak trzeba, bez lustrzanki (tylko z aparatem w telefonie), z niewielką ilością pieniędzy przy sobie i kartami bankowymi skrzętnie schowanymi.  No i oczywiście tylko głównymi ulicami miasta! ;]

Ostatecznie, w tej chwili wydaje mi się, że wszystko zależy od dzielnicy. Botafogo, gdzie mieszkaliśmy, wydała się całkiem sympatyczna i bezpieczna.

Punkt 1 – Ogród Botaniczny

Do Ogrodu Botanicznego, zgodnie ze wskazówkami pani z hostelu, udaliśmy się autobusem. Podróż autobusem okazała się o tyle stresująca, że już wcześniej trzeba się było zorientować, gdzie wysiąść, żeby dać znać kierowcy. Na plus dla komunikacji miejskiej w Rio trzeba jednak napisać, że większość przystanków jest opisana, numery linii i ich przystanki także. To znacznie ułatwia przemieszczanie się i stanowi ogromną różnicę w stosunku do Salvadoru.

Sam Ogród (Jardim Botanico) to ogromna zielona przestrzeń licząca 137 hektarów wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wejście kosztowało 7 R$ od osoby.

Największe wrażenie zrobiły na nas ogromne palmy, gigantyczne krzewy bambusowe, ogromne kwiaty, których zaledwie małe kopie możemy kupić w polskich kwiaciarniach. Oczywiście cieszyły nas też małpki kapucynki, które biegały luzem w części, gdzie Ogród graniczy z Lasem Atlantyckim. A! Zapomniałabym o najważniejszym… W zdumienie wprawiło nas drzewo, którego korzenie wybijały się ponad ziemię tworząc przedziwne struktury niczym organiczne stalagmity.  Spodobał się nam też ogród japoński i ruiny prochowni liczące ponad 200 lat, które w tej chwili stanowią uroczy element architektury ogrodowej. Niestety, ze względu na zimową porę ogród różany był zaledwie wspomnieniem. Ale i tak najdłużej obserwowaliśmy małpki, które stanowiły dla nas największą osobliwość.

Punkt 2 – Lagoa Rodrigo de Freitas, czyli Jezioro

Z Ogrodu Botanicznego mieliśmy 3 km do Plaży Ipanema, a po drodze Lagoa, czyli Jezioro liczące ponad 2 km kw. powierzchni. Ten zbiornik wodny w przewodnikach opisywany jest jako jedna z głównych atrakcji turystycznych Rio. Co więcej, jest bardzo malowniczy i świetnie wygląda na pocztówkach.

Na nas nie zrobił jednak fantastycznego wrażenia. Owszem, dodaje dużo do krajobrazu miasta. Jednak z turystycznego punktu widzenia, nie ma tam co robić. Jezioro, gdy spacerowaliśmy po jego brzegach było martwe. Ani knajpki, ani łódeczki, tylko trochę rowerzystów. Architektura nad jeziorem przypomina lata 90-te w Polsce, a sama woda jeziora też nie wygląda najlepiej.

Zatem dość prędko zwinęliśmy się znad Lagoa w kierunku morza. Chociaż wcześniej czekała nas jeszcze jedna atrakcja. Kokos do picia. Hm, na początku nie byłam pewna, czy to jest kokos. Duże, z zieloną łupiną i przeźroczystym napojem w środku – tak bardzo różne od kokosów, które znamy z polskich supermarketów. No ale jak inaczej przetłumaczyć napis „Coco” na wózku sprzedawcy? :] Cała tajemnica polega prawdopodobnie na tym, że ten zielony kokos sprzedawany na ulicach Brazylii jest jeszcze nie tak dojrzały i dlatego wygląda inaczej, a także smakuje inaczej. To coś w rodzaju orzeźwiającej wody kokosowej. Jeśli jestem w błędzie, to chętnie się dowiem o co chodzi z tym kokosem :] A co do smaku… jak dla mnie to idealny sposób na ugaszenie pragnienia. Lepszy niż woda, lepszy niż sok. Ale nie słodki.

Punkt 3 – Plaża Ipanema

Chociaż nie jestem zapaloną plażowiczką, ku memu zdumieniu to była najwspanialsza część dnia. Ipanemę przeszliśmy wzdłuż brzegu morza. W zasadzie można by stwierdzić, że to plaża miejska, jak każda inna. Nie zachwyci urokliwymi knajpkami, czy piękną nadmorską architekturą. Wzdłuż ulicy ciągną się poważne betonowe budynki, a od strony morza mamy szeroki pas złotego piasku. I to właśnie ten szeroki pas piasku oraz schodzące do wody góry decydują o uroku tego miejsca. Poza tym, Ipanema rządzi się własnymi prawami. Nie ma ustawionych w rządek hotelowych leżaków, barierek, czy opłat za wejście. Tutaj każdy robi to, na co ma ochotę. I ten wszechobecny luz nad szmaragdowym morzem jest niezaprzeczalnie zaraźliwy.

Jak możemy przeczytać w przewodnikach, Ipanema zwyczajowo dzieli się na sektory. Jest to oczywiście podział umowny, ale są miejsca lubiane przez rodziny z dziećmi, część wybierana przez gejów oraz ta, gdzie można spotkać dzieciaki z faweli. Taki spacer wzdłuż plaży, to zatem ciekawy obraz przekroju mieszkańców miasta.

Na Ipanemie zapoznaliśmy się też ze specyficzną plażową modą Brazylii. Niewiele materiału idzie na brazylijskie stroje kąpielowe, a figi czy jednoczęściowe stroje są ewidentnie uważane za zabobon. Niezależnie od wieku i tuszy – im mniej, tym lepiej. Na początku ten obrazek szokuje, ale wzrok szybko się przyzwyczaja.

Od północnej strony Ipanemę ogranicza niewielki skalisty półwysep Arpoador. To malownicze miejsce dzięki wysokim falom jest ulubione przez surferów. To też ponoć jeden z najlepszych punktów do obserwacji zachodu słońca. Niestety nie było nam dane sprawdzić, ale i tak było malowniczo. I fale faktycznie były tam wyższe niż gdzie indziej.

Przy Arpoador było też dość dużo policji – tak w samochodach, jak i w quadach, które jeździły po plaży. Co ciekawe, obecność policji dawała poczucie bezpieczeństwa, ale nie psuła obezwładniającej atmosfery relaksu.

Punkt 4 – Plaża Copacabana

Koło godziny 16:00 słońce powoli zaczęło blednąć chowając się za górami. A nam została jeszcze Copacabana.

Ipanemę od najsłynniejszej brazylijskiej plaży – Copacabany oddziela wspomniany półwysep Arpoador. Sama plaża nie zwala z nóg. Dużo betonu i asfaltu. Wzdłuż plaży biegnie szeroka kilkupasmowa droga, a wzdłuż alei ciągną się gigantyczne hotele i nieco przykurzone budynki, których część była w remoncie. Poza tym, brakuje już tego niezobowiązującego luzu. Przy plaży stoją eleganckie kafejki i fastfoody. Dla sprawiedliwości dodam jednak, że na Copacabanę dotarliśmy, gdy okrywał ją już cień. W blasku słońca z pewnością zrobiłaby inne wrażenie – szczególnie, że Copacabanę od północy ogranicza imponująca Głowa Cukru (Pão de Açúcar). Poza tym, być w Rio i nie pójść na Copacabanę, to jak być w Pizie i nie zobaczyć Krzywej Wieży. ;]

Na plaży głód przypomniał o sobie, a nogi przypomniały, że nie mamy kondycji. Udaliśmy się zatem do metra. Metro w Rio, jak na tak ogromne miasto (6,5 mln mieszkańców) jest niestety bardzo słabo rozwinięte. Szkoda, bo jest całkiem sprawnie zorganizowane.

Z Copacabany jedna stacja metra dzieliła nas od Botafogo. W naszej dzielnicy udaliśmy się do marketu Prezunic. Poleciła do nam gospodyni z hostelu – tanio i duży wybór. W markecie zrobiliśmy iście królewskie zakupy – duuuuużo mięsa na spaghetti ;] Co ciekawe, okazało się, że w kasjerki w sklepie mają przy sobie tylko drobne pieniądze. Jeśli płacisz banknotem 100R$, to ochroniarz przynosi resztę. Daje do myślenia w kwestii bezpieczeństwa…

I tak zakończył się pierwszy dzień w Rio – żenującym obżarstwem w hostelowej kuchni.

***

Tutaj trasa naszego spaceru:

Tutaj komplet fotek z 1. dnia w Rio de Janeiro:

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Pierwsze kroki w Rio – plaże i ogrody

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s