Szanghaj: o używaniu miasta

14 – 17.04.2014

 

Poprzedni wpis poświęcony był zwiedzaniu i przedstawiał w skrócie mój spacer po Szanghaju. A teraz kilka akapitów o innych doświadczeniach – jedzeniu, piciu, zakupach, bezpieczeństwie i „używaniu miasta”. Wszystko oczywiście zupełnie subiektywnie.

 

Jedzenie i picie

Zacznę od tego, co lubię najbardziej. Niestety nie będzie tak dokładnie, jakbym chciała. Wszystko przez pośpiech – większość posiłków, które spożywałam była podpisana wyłącznie po chińsku (co zrozumiałe), a ja nie miałam kogo zapytać, co to takiego. Bo kogoś, kto władałby angielskim było mi ciężko spotkać – chyba, że oszustów, ale o tym później.

Na szczęście udało mi się spróbować słynnych pierożków dim sum. Pierożki to zaprawdę dobre określenie, bo ciasto smakiem bardzo przypominało polskie pierogi. Swoją drogą, ponoć nasze pierogi przywędrowały z Chin… Ale wracając do dim sumów – te mają ciasto podobne w smaku do polskich pierogów, ale wyglądają inaczej, bo klei się je na kształt małych sakiewek. W środku są wypełniane różnorodnymi farszami, ale mi było dane spróbować mięsnych – jedne miały farsz ziołowo-mięsny, a drugi, hmmm, przypominał nieco mięso w spaghetti bolognese ;] Pierożki gotuje się na parze w charakterystycznych koszyczkach, których sterty widać w co drugim okienku na bazarze Yuyuan i innych miejscach, gdzie sprzedaje się jedzenie.

Oprócz pierożków dim sum miałam jeszcze okazję zjeść… Hmmmm. Było to prawdopodobnie mięso kaczki z tofu i czymś zielonym. Bardzo ostre, ale smakowite. :]

Reszta potraw, których było mi dane spróbować pozostaje niezidentyfikowana. Prawdopodobnie jadłam pyszną wieprzowinę na czerwono… eh!

Jak chodzi o napoje, to na pewno piłam pyszną herbatę ulung w jednym z tych eleganckich sklepów herbacianych, gdzie traktują klienta po królewsku, a potem głupio wyjść bez zakupu 😉 Ale herbata była przednia – bez porównania z sianem, które zakupiłam w innym sklepiku i przywiozłam do domu :]

Piłam też chińskie piwo – ot jak każde piwo z dużego browaru – bez smaku i bez szczególnych wrażeń.

 

Transport w mieście

Transport publiczny w Szanghaju zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Nie wiem, czy dojazd z bardziej odległych dzielnic byłby dużo bardziej kłopotliwy, ale zasadniczo poruszanie się w dzielnicach centralnych było proste i przyjemne. A to głównie za sprawą rozbudowanej sieci metra. Linii jest aż 12!! Nawiasem mówiąc, o tym jak szybko rozwija się metropolia świadczy fakt, że w moim przewodniku wydanym w 2007 r. jest przedstawionych tylko 7 linii. Także wychodzi jedna linia metra na półtora roku – możemy pozazdrościć tempa budowy :]

Ale wracając do użyteczności… Bilety można kupić wygodnie w automatach, które mają też wersję interfejsu po angielsku. Automat wypluwa bilet, który później przepuszczamy przez bramki przy wejściu do metra. Ważne, aby go zachować, bo przy wyjściu jest on także potrzebny – bramki przy wyjściu „połykają” bilet, który potem może być sprzedany po raz kolejny. Ot, recycling.

Wiele więcej o metrze mówić nie trzeba – prosto, przyjemnie i w miarę schludnie.

W godzinach szczytu jest oczywiście dość ciasno – ale taki urok metropolii. Co ciekawe i zabawne, przed wjazdem kolejki metra na peron mieszkańcy miasta karnie ustawiają się w wężyk – nie ma pchania się.

Niestety nie pamiętam cen biletów, ale pamiętam, że nie było drogo. Jak jest drogo, to zawsze pamiętam ;]

 

Zakupy

Zakupy w Szanghaju były dla mnie ogromną przyjemnością – przede wszystkim ze względu na ceny. Nie spotkałam się z tym, żeby jakaś cena przekroczyła cenę polską, a zasadnicza większość produktów była tańsza niż u nas, no i można było, a nawet trzeba było się targować.

Pamiątki kupowałam na bazarze Yuyuan. Perły, grzebienie, herbata, porcelana, chińskie słodkości i inne szpargały wylewają się tam z poszczególnych budek tonami.

Z kolei na ubrania, idąc za radą innych turystów, polowałam przy stacji metra Shanghai Science & Technology Museum (linia nr 2). Nie udało mi się obejść całości tego podziemnego bazaru. Zdążyłam się jednak przekonać, że cena wywoławcza podawana przez sprzedawców jest mniej więcej pięć razy wyższa niż cena, za którą można dany produkt zakupić. Nawet mi (chociaż naprawdę nie umiem się targować) udało się uzyskać ceny kilkakrotnie niższe od kwot wywoławczych. No bo jak tu się nie targować, gdy sprzedawca biegnie za tobą przez długość holu i wciska ci kalkulator do ręki? Targujesz się dla świętego spokoju.

Tak jak napisałam, zakupy w Szanghaju były dosyć przyjemne, chociaż na bazarze przy stacji metra nie wytrzymałam długo – sprzedawcy byli zbyt nachalni. Oczywiście odradzałabym wydawanie dużych kwot na takie zakupy, bo (nie oszukujmy się) znacząca większość sprzedawanych produktów charakteryzuje fatalna jakość.

A jak chodzi o moje nabytki… Hm, co do pereł nadal nie jestem pewna. Sprawdzałam na wszelkie sposoby i wyglądają na prawdziwe. Oczywiście kupowałam te mniej kształtne i stosunkowo małe, ale wciąż były dziwnie tanie (20 juanów za krótki naszyjnik). Co do herbaty jestem niemalże pewna, że kupiłam siano. Mój błąd – inni turyści kupowali na wagę, dzięki czemu wiedzieli, co biorą, a ja kupiłam zapakowaną. Jak wspomniałam wcześniej, na szczęście nie wydałam na to dużo pieniędzy, więc nie ma żalu. Mam za to śliczne pałeczki do ryżu, a mamie kupiłam piękną marynarkę, w chińskim stylu. Marynarka nie udaje żadnej zachodniej marki, więc nie ma strachu, że to podróbka.

 

Kanty i oszustwa, czyli przygoda, przygoda…

Jak chodzi o oszustwa, to spotkała mnie dużo bardziej emocjonująca przygoda niż zakup podrobionej koszulki…

Otóż spacerowałam sobie akurat Placem Ludowym, gdy zaczepiła mnie grupa Chińczyków i poprosiła o zrobienie fotki na tle jakiegoś banneru reklamowego. I tak zaczęła się rozmowa. Skąd jestem, czy podoba mi się miasto, czy podróżuję biznesowo, czy turystycznie, itd. Uśmiechy, śmichy chichy – nawet nie zwróciłam uwagi na to, że napotkani ludzie, jak na Chiny, zadziwiająco dobrze operują językiem angielskim. Po kilku minutach rozmowy zaproponowali mi wspólne zwiedzanie, któregoś muzeum. Namawiali mnie intensywnie i byli bardzo zachęcający, ale ja miałam swoje plany, więc stanowczo udałam się w swoją stronę.

Nie, to jeszcze nie koniec historii – dopiero koniec pierwszego aktu.

Nie minęło 30 minut, jak spotkałam kolejną grupę, która chciała, aby im zrobić zdjęcie – tym razem na tle kościoła. Młodzi ludzie, dobrze ubrani, z Iphone’ami i znowu doskonałym angielskim. I znowu pytania, skąd jestem, czy w podróży służbowej, czy miasto mi się podoba. A oni, że są studentami z Pekinu, że też zwiedzają, że właśnie idą na tradycyjną ceremonię parzenia herbaty i że może pójdę z nimi. A do tego komplementy, że podróż biznesowa, że niemożliwe, że jestem zbyt młoda na podróż służbową przecież… Eh próżności! Już szłam z nimi na tę ceremonię parzenia herbaty, gdy tknęło mnie zasadnicze pytanie: ile to parzenie herbaty kosztuje? Odpowiedź brzmiała: 50 juanów. Ha! Nie wiedzieli z kim zaczynają – moje podróże są zawsze wyliczone do ostatniego yuana ;] Na nieplanowane parzenie herbaty nie było miejsca w budżecie. Podziękowałam zatem i udałam się w swoją stronę. Dla jasności dodam jednak, że nadal pozostawałam w błogiej nieświadomości zachwycona uprzejmością Chińczyków.

Trzeci akt tej historii zaczyna się kilka dni później, gdy autobus odwoził wszystkich delegatów konferencji, na której byłam, w stronę lotniska. Otóż w trakcie tej dwugodzinnej podróży (tak na lotnisko chwilę się jedzie…) weszłam w rozmowę z Czeszką, z którą nie było mi dane wcześniej rozmawiać. Otóż okazało się, że tego samego dnia co ja, ona także wybrała się na samodzielne zwiedzanie. I też spotkała miłą grupę Chińczyków z doskonałym angielskim. I też były komplementy i pogaduszki. Tyle, że ona poszła na ceremonię parzenia herbaty. Na wyjściu powiedziano jej, że ceremonia kosztuje 1000 yuanów. No i zapłaciła… Dodam, że całe oszustwo było tak sprytnie odegrane, że biedaczka zdała sobie niego sprawę dopiero wieczorem przy kolacji, gdy uświadomił ją któryś z delegatów.

Historia koleżanki z Pragi była dla mnie jak uderzenie w głowę – zorientowałam się wtedy, że sama omal nie dałam się nabrać! Co więcej, ja w przeciwieństwie do wspomnianej Prażanki nie miałam funduszu reprezentacyjnego na wyjazd, więc bolałoby bardzo. A najgorsza jest świadomość, że tak naprawdę miałam w tej przygodzie więcej szczęścia niż rozumu… No cóż – podróże kształcą. Niestety, po takich przygodach człowiek traci swoją rozkoszną podróżniczą niewinność i zaczyna wszędzie widzieć oszustwa…

Dla sprawiedliwości muszę jednak dodać, że w mieście, mimo wszystko, czułam się bezpiecznie. Na ulicach kręciło się wiele turystek takich jak ja (może szły na ceremonię parzenia herbaty? ;)) i nie sądzę, aby cokolwiek komukolwiek groziło – poza utratą kilku setek RMB ;]

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s