Londyn nocą

15.11.2013

Szaro, deszczowo, drogo – takie skojarzenia budził we mnie Londyn dotychczas. Co więcej, wizerunek kulturalnego tygla, nigdy nie stanowił dla mnie sloganu reklamowego. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z bogatej historii i zabytków tego miasta, ale nigdy szczególnie mnie nie pociągało. Jak na przekór Londyn przywitał nas jednak niespotykanym listopadowym słońcem i oczarował – przede wszystkim architekturą, ale nie tylko. Jedynie co do cen moje uprzedzenia się potwierdziły.

Ale od początku…

To był nasz najkrótszy wyjazd za granicę. Wylot z Polski w piątek rano – powrót w niedzielę rano. W sumie półtora dnia na zwiedzanie. Lądowaliśmy na Stansted około południa, ale od lądowania do zwiedzania dzieliła nas jeszcze niemała przeprawa.

Najpierw w tłumie turystów koło terminala lotniczego musieliśmy wyszukać nasz autobus do miasta. Za przejazd autobusem linii Terravision na dworzec Victoria w Londynie zapłaciłam jeszcze w Polsce (20£ za dwie osoby). Połączeń z miastem lotnisko Stansted ma co nie miara, ale chętnych jest jeszcze więcej, więc zorientowanie się co, gdzie i jak, zajęło chwilę. Sama podróż do centrum Londynu minęła już spokojnie i trwała około godziny. Z kolei na stacji Victoria musieliśmy się zorientować w zawiłym systemie komunikacji miejskiej miasta i jeszcze bardziej skomplikowanym cenniku. Londyński transport ma kilka taryf uzależnionych od pory dnia i strefy miasta. Jakbyśmy jednak nie liczyli, całodniowe bilety wychodziły w naszym przypadku najrozsądniej. Za dwie takie karty poza szczytem ruchu zapłaciliśmy w sumie 14,60£. Był to zatem kosztowny początek wycieczki. Na szczęście mieliśmy zapas orzeszków i kabanosów, więc głód nam nie groził. Z Victorii czekała nas jeszcze tylko przejażdżka metrem do hotelu W14 w zachodniej części dzielnicy Kensington.

W ten oto sposób, spędziwszy pół dnia w najróżniejszych środkach transportu, wylądowaliśmy w miejscu przeznaczenia. Wybór zakwaterowania padł na W14 ze względu na cenę i lokalizację. Noc w pokoju dwuosobowym bez łazienki kosztowała 50£, a od centrum dzieliło nas kilka przystanków metra. Na miejscu okazało się, że hostel mieści się w uroczej okolicy, w ładnych wiktoriańskich szeregówkach. To tyle jak chodzi o wrażenie z zewnątrz. W środku – znacznie gorzej: bałagan, chaos i problemy z ciepłą wodą. Nie zamierzaliśmy jednak zarzekać. Najważniejsze, że pościel sprawiała wrażenie czystej.

Po krótkim odpoczynku zaczęliśmy zwiedzanie. Plan był taki, aby udać się w najbardziej oddalony punkt i wracać piechotą wzdłuż rzeki. Nim rozpoczęliśmy nasz spacer, słońce zdążyło schować się za horyzontem. Na szczęście, Londyn nocą okazał się zniewalający.

Tutaj trasa naszego spaceru


Pierwszym punktem na naszej trasie był Tower of London, czyli jeden z najstarszych zabytków miasta. Twierdzę podziwialiśmy oczywiście z zewnątrz, bo zwiedzanie w Londynie jest horrendalnie drogie (wyjątkiem są muzea, ale o tym później). Tower wyróżnia się na tle innych zabytków Londynu wiekiem, co można odczytać w architekturze, szarym wapiennym kamieniu, z którego zamek jest zbudowany, no i fakcie, że jego poziom 0 znajduje się znacznie poniżej współczesnego chodnika. Wzdłuż południowej elewacji zamku ustawione są latarnie, które niezbyt nachalnie oświetlają alejkę budując historyczną atmosferę. To nastrojowe oświetlenie, jest jednym z doskonałych przykładów na to, jak dokładnie przemyślana jest architektura i estetyka miasta.

Kolejne przykłady tego typu czekały na nas już kawałek dalej. Twierdza Tower of London zlokalizowana jest nad rzeką nieopodal Tower Bridge – najsłynniejszego mostu zwodzonego na świecie i symbolu Londynu. Jak mogliśmy się przekonać, wieczorem z nabrzeża pod zamkiem  rozpościera się piękny widok na most i chyba jeszcze piękniejszy na południowe nabrzeże, czyli Bankside.

Podziwiając światła miasta usiłowaliśmy pstryknąć udane zdjęcie. To tam zaskoczyła nas nowoczesna architektura Londynu. Dotychczas byłam zdania, że nowoczesne budownictwo powinno być domeną nowych dzielnic. Ale zmieniam zdanie. W Londynie udało się połączyć stare z nowym w taki sposób, że sobie nie przeszkadzają, a nawet się uzupełniają, i to nie tylko w biznesowej dzielnicy the City, ale w zasadzie we wszystkich historycznych częściach miasta. Stojąc nad brzegiem Tamizy i spoglądając na Bankside można się o tym przekonać. Z lewej strony widzimy Tower Bridge, a naprzeciw szklane biurowce, wśród których wyróżnia się fantastyczna kopuła City Hall. Natomiast przy brzegu stoi zacumowany okręt wojskowy Belfast, który w szacie sztucznego światła z pewnością prezentuje się lepiej niż za dnia.

Przeszedłszy na południową stronę rzeki mostem Tower Bridge mogliśmy z kolei podziwiać Tower of London i biurowce the City w tle, a następnie spacerem powędrowaliśmy przez Bankside – najpierw pod nowoczesnym budynkiem City Hall, a następnie koło okrętu Belfast i dalej na zachód.

Często bywa tak, że szukając jednego miejsca odkrywany inne, jeszcze ciekawsze. Tak było m.in. gdy zwiedzaliśmy Nowy Jork. Szukając kamienicy z serialu Przyjaciele przypadkiem odkryliśmy fantastyczną dzielnicę Greenwich. Podobnie było w Londynie – tym razem śladami Bridget Jones. Chciałam zobaczyć, gdzie mieszkała tytułowa bohaterka filmu i w ten sposób trafiliśmy na Borough Market. Jak się okazało, filmowe mieszkanie Bridget jest zlokalizowane praktycznie na tym bazarze. Sam rynek ma ciekawą historię – liczy sobie niemalże tysiąc lat tradycji, prawdopodobnie dzięki strategicznej lokalizacji przy moście London Bridge i nabrzeżach przeładunkowych, do których przez wieki dobijały statki towarowe. Dzisiaj Borough Market ma nieco hipsterską atmosferę z babeczkami i serem pleśniowym w rolach głównych, ale jest utrzymany w historycznym klimacie i warto go odwiedzić. My co prawda trafiliśmy na rynek pod koniec handlu, ale i tak udało nam się przyglądnąć truflom i nawet je powąchać! Nie było tak źle – trochę jak grzyb, trochę jak… ser? Natomiast na stoisku myśliwskim widzieliśmy przedawcę… kuropatw? Oskubać, wypatroszyć i gotowe :]

Co ciekawe, pomimo, że większość zabytków Londynu jest zlokalizowana po północnej stornie rzeki, to właśnie południowy brzeg oczarował nas najbardziej. Magiczny magnetyzm Bankside był najmilszą niespodzianką tego wyjazdu. Kiedyś była to dzielnica rozpusty i zakazanych rozrywek, jak chociażby teatru, ale stanowiła także miejsce handlu i wyładunku towarów. Dzisiaj w dzielnicy znajduje się wiele sentymentalnych pamiątek po tych czasach. Weźmy za przykład dawne doki statków, które w sprytny sposób zaaranżowano. Hay’s Galleria znajdująca się między Tower Bridge a London Bridge jest jednym z nich. Kiedyś był to dok, do którego wpływały statki. W latach 80’ zabudowano go chodnikiem, przykryto stylowym dachem i stworzono uroczy plac, wokół którego powstała przestrzeń handlowa. Drugi z doków, nieco mniejszy znajdujący się dalej na zachód zachowano i zacumowano w nim trzymasztowy żaglowiec na kształt tych, które pływały po morzach 500 lat temu.

Na Bankside znajduje się jeszcze jedna pamiątka po dawnej historii dzielnicy – Teatr Globe. Wybudowano go jako replikę poprzedniego Globe’a funkcjonującego w tym miejscu kilkaset lat temu. Właśnie w nim miały miejsce premiery sztuk Wiliama Shakespeare’a.

Jak widać, Bankside to kawał soczystej kolorowej historii, a nie wiedzieć czemu, dla nas cały spacer południowym brzegiem rzeki był kosmicznym zaskoczeniem.

A skoro mowa o kosmosie… Spacerem wzdłuż Bankside dotarliśmy pod Tate Modern. Budynek na żywo i z bliska wygląda jak nie z tego świata. Jego majestatyczna, surowa bryła z wieżą przerobioną z dawnego komina elektrowni zdaje się mówić „Wylądowaliśmy i przejmujemy kontrolę na tej planecie”. Nawiasem mówiąc, to nie jedyny taki obiekt w mieście, ale do tego jeszcze wrócę. Tate Modern jako instytucja, jest ogromnym muzeum sztuki nowoczesnej znajdującym się w budynku, który idealnie koresponduje z klimatem prezentowanych w nim prac. Dla fanów sztuki nowoczesnej to obowiązkowy punkt na mapie Londynu – szczególnie, że galeria jest dostępna za darmo. Dla nas jednak prace prezentowane w Tate Modern są chyba nieco zbyt nowoczesne. Poza tym czas na kontemplację sztuki mieliśmy przewidziany kolejnego dnia. Dlatego powędrowaliśmy dalej – z powrotem przez rzekę.

Co ciekawe, najnowszy londyński most, czyli piesza Kładka Milenijna, prowadzi prosto ze świątyni sztuki nowoczesnej (Tate Modern) do największej świątyni chrześcijańskiej w mieście, czyli Katedry Św. Pawła po drugiej stornie Tamizy. Symbolicznie? 🙂

Pod Katedrą Św. Pawła dopadło nas zmęczenie. Klapnęliśmy na chodniku, pstryknęli kilka fotek i z zażenowaniem przyznam, że na tym skończyło się podziwianie najważniejszej świątyni anglikańskiej, która jak chodzi o wielkość ustępuje tylko rzymsko-katolickiej katedrze Św. Piotra w Rzymie. Chociaż z drugiej strony, zmęczenie czy nie, i tak byśmy jej nie zwiedzili, bo wejście kosztuje 16£ od osoby.

Spod Katedry już nieco szybszym krokiem udaliśmy się dalej w kierunku London Eye i Westminsteru. Kolejne 3 km wzdłuż rzeki przyprawiły nas o ból nóg, głód i wszystkie plagi egipskie. Ale podziwianie koła młyńskiego London Eye w nocnej szacie było warte wysiłku. Londyńskie Oko to kolejny obok Kładki Milenijnej i Tate Modern stosunkowo nowy obiekt na mapie miasta, który ściąga tłumy turystów. Na przejażdżkę trzeba się ponoć zapisywać wcześniej. Nie wiem tego na pewno, bo to kolejna kosztowna rozrywka – przejażdżka w diabelskim młynie kosztuje 30£! Dla sprawiedliwości dodam jednak, że konstrukcja całkiem przyjemnie wpisuje się w krajobraz Londynu, a nocą dodaje miastu szczególnego uroku. Co ciekawe, koło porusza się bardzo wolno – pełny obrót trwa aż 30 minut.

Z naszego punktu obserwacyjnego pod Londyńskim Okiem do Parlamentu i Big Bena dzieliło nas już kilkaset metrów, ale gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy tak zmęczeni, że zabrakło energii nawet na chwilę zachwytu. Fotki też nie wyszły. A szkoda, bo kolejnego dnia w tym samym miejscu był nieporównywalnie większy tłum.

Mieliśmy jeszcze plan, aby posilić się kawą i zwiedzać dalej, ale zmęczenie wygrało. Z pobliskiej stacji metra St. James Park wróciliśmy do naszego hostelu w West Kensington. Nawiasem mówiąc, chwilę po tym, jak wsieliśmy do metra stację St. James Park zamknięto na głucho, pomimo, że metro kursowało jeszcze przez kilka godzin. Kolejnego dnia ta stacja też była nieczynna. Czy ktoś wie o co chodzi? Zdaje się, że to kolejna zagadka zawiłego systemu komunikacji miejskiej w Londynie.

Tego dnia miałam jeszcze niewątpliwą okazję umyć głowę przy użyciu filiżanki, bo ciepła woda była tylko w mikroumywalce, a w wannie ani rusz. Poza tym, bez niespodzianek – spokojny sen i regeneracja bez zarzutu.

A tu komplet fotek z tego wieczoru:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s