Powrót na stary szlak

13 – 20.07.2013

Decyzja o kierunku kolejnego wyjazdu to zawsze dylemat. Z jednej strony chce się wracać w ukochane miejsca, a z drugiej kusi nieznane.

W tym roku nasz lipcowy urlop zdecydowaliśmy się spędzić pod żaglami na Mazurach. To jedno z moich ulubionych miejsc na świecie i mimo, że byłam tam wielokrotnie, za każdym razem odkrywam nowe miejsca. Wielkie Jeziora Mazurskie zgodnie z tym, co twierdzi wielu, pod wpływem komercjalizacji, napływu pamiątek z Chin i dmuchanych trampolin faktycznie zmieniają się na niekorzyść. Jednak każdy, kto chce spędzić czas z dala od tandety, drożyzny i budek z kebabem nadal znajdzie wiele urokliwych miejsc na mazurskim szlaku.

W tym roku na cały mazurski urlop mieliśmy zaledwie tydzień. Jacht czarterowaliśmy w Sztynorcie, a że chcieliśmy dopłynąć do Popielna na jeziorze Śniardwy trasa naszego rejsu przebiegała przez środkową, najbardziej tłoczną część szlaku Wielkich Jezior Mazurskich. Przez Kisajno i zatłoczony kanał Łuczański dopłynęliśmy do Giżycka. Następnie przez Niegocin i jezioro Boczne dotarliśmy na Kulę, gdzie ujrzeliśmy kontrowersyjny banner reklamujący Toyotę (ale o tym później). Kolejna część rejsu minęła na Jagodnem i czterech kolejnych kanałach. Dalej przez Tałty dotarliśmy do Mikołajek, gdzie udało się wziąć ciepły prysznic, a kolejnego dnia wylądowaliśmy w pobliskim Popielnie. Drugą część rejsu  spędziliśmy w drodze powrotnej. Opisałam to pokrótce, bo nie chcę wchodzić w szczegóły wskazując, gdzie szuwary ładniej falowały i gdzie kotwica lepiej trzymała, chociaż, aby sprawiedliwości stało się za dość, muszę napisać, że mieliśmy piękną żeglarską pogodę – ładnie wiało, deszczu było niewiele, a temperatura nie przekraczała 22°C. Skupię się natomiast na dwóch miejscach, które szczególnie lubię (chociaż na całym szlaku można by takich miejsc pewnie wymienić dziesiątki). Tak się złożyło, że te dwa miejsca, to nasze tegoroczne punkty startu i celu, czyli Sztynort i Popielno.

Koniec świata w sercu Mazur

16.07.2013

Zacznijmy zatem na wspak, od Popielna. Z pozoru to miejsce niczym się nie wyróżnia od innych wiosek zlokalizowanych wśród mazurskich jezior i pól. Wikipedia mówi, że to mazurska osada, która w 2006 roku liczyła 180 mieszkańców. Szczerze mówiąc, na żywo wygląda jakby mieszkańców było jeszcze mniej. W wiosce stoi kilka kolorowych mazurskich chat i kilka bloczków, które o dziwo na tle pól i mazurskiego nieba nie szpecą krajobrazu tak bardzo, jak można by się spodziewać. Jest budynek dawnej szkoły i port. Resztę obszaru zajmuje Stacja Badawcza Polskiej Akademii Nauk.

Dla żeglarzy wioska jest dosyć znana, pomimo, że basen portowy jest ciasny i płytki. Ta popularność wynika prawdopodobnie z faktu, że to jedno z niewielu miejsc na ogromnym jeziorze Śniardwy, gdzie można zacumować. Dodam, że w porcie jest świetne miejsce do kąpieli z miłym, piaszczystym dnem, które bardzo wolno się obniża. Dzięki temu można się pluskać bezpiecznie i do woli.

 

 

Jednak większość osób trafia do Popielna ze względu na konie, a w zasadzie koniki polskie, które są tutaj hodowane. To dosyć niesprawiedliwe w stosunku do innych mieszkańców stacji badawczej – bobrów, jeleni, krów i ostatniego żubroniobizona. Chociaż konikom faktycznie trudno odmówić uroku.

Koniki polskie to rasa koni wywodząca się od zamieszkujących niegdyś polskie lasy dzikich tarpanów, które ostatecznie wymarły prawie sto pięćdziesiąt lat temu. Od początku XX wieku prowadzono badania i eksperymenty mające na celu wyhodowanie konia, który miałby jak najwięcej cech podobnych do tarpana. Udało się to w latach 50. właśnie w Stacji Badawczej Polskiej Akademii Nauk w Popielnie. Nowa rasa, spokrewniona z dzikim tarpanem, czyli konik polski nie przypomina może dostojnego araba, ale ma kilka innych wyjątkowych cech. To stosunkowo niski i masywny koń, o myszatym ubarwieniu z charakterystyczną ciemną pręgą wzdłuż grzbietu i rozczochraną grzywą w kolorze tej pręgi. Jego zalety to siła, wytrzymałość i długowieczność. Kopyta tego konia są na tyle twarde, że może on pracować w polu niepodkuty, a dożywa nawet 30 lat. No i do tego jest taki nasz – polski :]

Koń, który mówi?

 

 

 

 

W Popielnie obecnie prowadzona jest hodowla rezerwatowa i hodowla stajenna. Każda z nich liczy kilkadziesiąt osobników. W ramach tej pierwszej konie żyją w warunkach zbliżonych do naturalnych. Ich domem jest las pomiędzy jeziorami Warnołty, Bełdany i Śniardwy. Gdyby nie skorzy do dokarmiana turyści, konie faktycznie żyłyby prawie zupełnie dziko. Nawiasem mówiąc, jak każde zwierzę, podobnie koniki w wyniku dokarmiania przez turystów stały się bezczelne. Potrafią podgryźć olinowanie jachtu, albo chwycić lusterko samochodu. Dlatego nie należy dokarmiać. Lepiej obserwować i robić zdjęcia.

Z kolei w stajniach trzymane są konie, które hoduje się w celu zachowania typowych cech rasy. Od przewodniczki dowiedzieliśmy się, że tylko konie o idealnych cechach rasowych zostają ogierami. Natomiast te, które mają np. skarpetki idą na wałachy, czyli są kastrowane. Dzięki temu mają spokojniejszy temperament i mogą być wykorzystywane chociażby w hipoterapii. Właśnie ze względu na takie ciekawostki i możliwość zobaczenia całej stacji, a co za tym idzie także innych zwierząt, polecam zwiedzanie z przewodnikiem. Taka atrakcja to tylko 8 zł od osoby i jakieś 40 minut spaceru po Popielnie.

Zwiedzanie zaczyna się od samego muzeum zlokalizowanego na terenie stacji. Jego ekspozycje u szczególnie wrażliwych mogą budzić kontrowersje, bo zobaczymy tam m.in. wypchaną głowę żubroniobizona, cały zestaw zwierzyny mazurskiej (również w zakonserwowanej formie) oraz szkielet jelenia. Nie zmienia to jednak faktu, że ekspozycja jest ciekawa, a w trakcie oglądania przewodnik wprowadza zwiedzających w tematykę.

Kolejny przystanek to stajnie z konikami, o których już pisałam. Następnie mieliśmy okazję odwiedzić rodzinę bobrów. Dzięki stacji w Popielnie udało się odtworzyć ten gatunek, który swego czasu był szczególnie zagrożony. Eksperyment powiódł się doskonale i teraz ok. 20 tys. bobrów psoci w całej Polsce. Pomimo, że budynek, w którym żyją popielskie bobry, jest w kiepskim stanie, sama atrakcja stanowi ciekawostkę, bo to jedna z niewielu okazji, aby zobaczyć bobra na żywo. Normalnie to zwierzę jest bardzo płochliwe i dodatkowo prowadzi nocny tryb życia. A wygląda uroczo! …dopóki nie pokaże zębów.

Dalej wycieczka wiodła w kierunku lasu, a po drodze minęliśmy stado krów przeżuwających bez pośpiechu mazurską trawkę. Bo w Popielnie hoduje się też kilkadziesiąt krów. Te czarno-białe to nizinna odmiana holenderska, a czerwone to rasa polska. No tak… dla mnie nawet krowa to atrakcja :]

Minąwszy miejsce popasu krów trafiliśmy do żubroniobizona. Brutus wygląda jak diabeł wcielony – wielki jak tur, czarny jak smoła i sapie jak parowóz. Tak naprawdę to hybryda – ma 25% krwi czerwonej krowy, 25% żubra i 50% bizona. Według tego, co powiedziała przewodniczka, taką mieszankę gatunków stworzono w celu uzyskania smacznego mięsa o niewielkiej ilości cholesterolu. Istnieją jednak pogłoski, według których żubroniobizon to efekt tajnego projektu, który miał na celu rozwiązanie mięsnego problemu za komuny. Chciano stworzyć rasę, która dawałaby dużo mięsa, była wytrzymała i jadła byle co. Jednak eksperyment się nie udał. Mięso żubroniobizona jest ponoć smaczne i zdrowe, ale zwierzę ma więcej ciała z przodu niż z tyłu, podobnie jak żubr. Poza tym, żubroniobizony są bezpłodne i podobno agresywne. Brutus to ostatni żubroniobizon w Popielnie i pomimo swej domniemanej agresywności wygląda dość poczciwie sam w swoim ogródku. Biorąc pod uwagę fakt, że ma już kilkanaście lat, jest to pewnie ostatni dzwonek, aby zobaczyć tego diabła.

 

 

Ostatni punkt wycieczki to zagrody danieli i jeleni. Przez ponad sześćdziesiąt lat w Popielnie prowadzono najbardziej szalone badania na jeleniach. Przeprowadzono chociażby transplantację poroża i udowodniono związek pomiędzy ilością światła słonecznego a szybkością wzrostu poroża. Przyglądając się tym sympatycznym zwierzakom dowiedzieliśmy się m.in., że samica jelenia to wcale nie sarna. Samica jelenia to łania, a sarna to inne zwierzę. Nawiasem mówiąc samica sarny to koza, a samiec to kozioł. Zakręcone. :]

 

 

W Popielnie byłam wcześniej kilkakrotnie. Ale w trakcie tegorocznej wycieczki dopadły mnie pewne obawy o przyszłość stacji. Zwierzęta co prawda są i mają się dobrze. Ale od kilku lat nic się tam nie zmieniło. Nie widziałam żadnej tablicy unijnej, których przecież w całym kraju pełno. A wszystko coraz starsze. Przewodniczka zapytana, o to jakie badania są w tej chwili prowadzone w Popielnie, powiedziała, że sama stacja nie prowadzi badań, a jedynie naukowcy, którzy przyjeżdżają tam w ramach grantów naukowych. Miejmy nadzieję, że ośrodek nie popadnie w całkowitą ruinę. Na wszelki wypadek polecam wszystkim zainteresowanym, mimo wszystko, pilne odwiedziny.

Dodajmy jednak, że na wyjątkowość Popielna oprócz stacji badawczej składa się jeszcze jedna cecha, a mianowicie lokalizacja. Gdy popatrzeć na zdjęcie satelitarne wioski, to przekonamy się, że jest ona położona na wierzchołku półwyspu otoczonego przez wody jezior Bełdany, Mikołajskiego, Śniardwy i Warnołty, a jedyna droga do najbliższego miasta (Ruciane-Nida) prowadzi prawie cały czas lasem. Tutaj nie ma sklepów z pamiątkami, a spożywczy jest jeden i pełni przy okazji rolę baru. Większość ruchu wytwarzają żeglarze z przystani, a samochód rzadko zajeżdża. Popielno to odizolowana, malownicza wioska, w której więcej zwierząt niż ludzi. To daje poczucie, że jesteśmy bardzo daleko od cywilizacji i sprawia, że pomimo unoszącego się gdzieniegdzie zapachu końskiego łajna, w Popielnie oddycha się lekko i pełną piersią.

Nie chciałam wchodzić w tak patetyczny ton, ale kiedy spaceruję wśród popielskich pól, to wchodzę w wyższe rejestry. :]

Mazurski paszkwil sezonu

A teraz jeszcze kilka słów o wspomnianym wcześniej billboardzie Toyoty…

Muszę przyznać, że wracając po trzech latach na Mazury zastanawialiśmy się, co się zmieniło. O dziwo, poza cenami, które znacznie wzrosły, krajobraz mazurski w naszych oczach nie wiele się różni od tego sprzed kilku lat. Na biwakach stoją nawet te same toalety ToiToi. Najbardziej szokującą zmianą był ten banner przy wejściu (lub wyjściu – w zależności skąd płyniemy) do kanału Kula. Billboard liczy kilka metrów kwadratowych powierzchni, a dzięki intensywnemu kolorowi trudno go przeoczyć. W zasadzie to trudno skupić się na czymkolwiek innym przepływając tamtędy. Takiej reklamy spodziewałabym się w Giżycku, Mikołajkach czy Rucianem, albo przy drodze krajowej, ale nie na leśnej polanie nad jeziorem…

Punkt, w którym stoi billboard, był lubiany przez wielu żeglarzy i innych turystów głównie ze względu na fakt, że jest to świetne miejsce do kąpieli, a przyjemna polana doskonale nadaje się na wieczorne szantowanie przy ognisku. Poza tym, to umownie przyjęty środek szlaku – tutaj, lub na drugim brzegu jeziora (z którego również widać banner), urządza się początkującym żeglarzom chrzest mazurski.

Co ciekawe, tak ordynarna forma reklamy pojawiła się w sercu naszego Cudu Natury właśnie teraz, gdy coraz głośniej mówi się o konieczności zrobienia porządku z reklamami, które obrosły całą Polskę…

Niestety nie zrobiłam fotki. Jestem przyzwyczajona sięgać po aparat, gdy widzę coś ładnego, a nie odwrotnie. Pewnie czas zmienić nawyki. Znalazłam natomiast ogłoszenie na stronie gospodarza biwaku: Jesteśmy zainteresowani przyjęciem reklam na terenie BAZY. Ewidentnie ogłoszenie poskutkowało, a w przyszłym roku być może kolejne leśne biwaki uraczą nas wielkoformatowymi reklamami chemii domowej, sprzętu budowlanego i hipermarketów.

Pozostałe fotki z Popielna

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Powrót na stary szlak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s