Dzień trzeci, czyli powtórka z rozrywki

11.05.2013

Na trzeci i zarazem ostatni dzień naszego pobytu na Sycylii nie miałam konkretnego planu. Zostawiliśmy sobie decyzję na później w zależności od pogody, nastrojów i możliwości. Oczywiście opcji było kilka: wycieczka do rezerwatu lo Zingaro, odwiedziny w San Vito lo Capo albo w Marsali, zwiedzanie muzeum soli, czyli salin albo wycieczka na jeszcze jedną z Egad. Z pozoru opcji aż nadto, ale realizacja okazała się trudniejsza.

Biorąc pod uwagę fakt, że produkcja soli z wody morskiej była jednym z fundamentów funkcjonowania Trapani, a dodatkowo w muzeum soli można spotkać ciekawe gatunki ptaków, zdecydowaliśmy się na wycieczkę do salin w Nubii położonych 6 km od Trapani. Pomimo niewielkiej odległości do salin jednak nie trafiliśmy, bo okazało się, że nie kursują tam żadne autobusy, a rowerem może być nieprzyjemnie, gdyż trasa nie jest przygotowana dla rowerzystów (tak przynajmniej twierdziła Annalisa z naszego B&B). Saliny zatem odpadły. Do lo Zingaro dostać się jeszcze trudniej. Można wypożyczyć auto, ale tu już koszty znacznie rosną. Ostatecznie, Marsala i San Vito lo Capo przegrały z wycieczką na drugą z Egad – najmniejszą Levanzo.

Po śniadaniu, ubrani jak nomadzi na pustyni, dokładnie osłonięci od słońca, wyruszyliśmy na uliczki Trapani. Przed wycieczką mieliśmy bowiem do odhaczenia ważny punkt programu, którego nie udało się zrealizować wcześniej, a mianowicie odwiedziny na targu rybnym. Targ odbywa się co dzień rano w bezpośrednim sąsiedztwie portu rybackiego przy Via Cristoforo Colombo. Dla nas targ rybny okazał się być jednym z najciekawszych miejsc w Trapani. Takiego wachlarza morskiej oferty nie spotkałam nigdy wcześniej. Były ogromne tuńczyki i marliny sprzedawane na kawałki, homary, które jeszcze się ruszały, krewetki, niesamowicie srebrne pałasze ogoniaste (Silver scabbardfish – Lepidopus caudatus), ośmiornice i wiele, wiele innych. Niestety nie znam się na rybach, ale ich różnorodność pokazują zdjęcia. Pomimo bardzo intensywnego zapachu, który unosił się nad rynkiem, zrobiliśmy tam kilka rundek – tak było ciekawie!

 

 

Po tym spacerze zaczęliśmy się łamać, czy płynąc na Levanzo czy nie, bo dość mocno dała nam popalić nasza sycylijska opalenizna. Ostatecznie jednak (i na szczęście!) popłynęliśmy na najmniejszą z Egad statkiem po godz. 12:00. Skłoniły nas do tego pozytywne wrażenia z Favignany oraz informacja znaleziona w przewodniku o grocie Genovese zlokalizowanej na Levanzo, której, o ironio, w końcu nie udało się nam zwiedzić.

Grotta del Genovese to grota, w której znaleziono ślady działalności ludzkiej nawet sprzed 12 tysięcy lat, kiedy to Levanzo było jeszcze częścią Sycylii. Niektóre rysunki pochodzą właśnie z tych odległych czasów, czyli paleolitu. Pozostałe są natomiast nieco młodsze i liczą ok. 6 tys. lat. To jedno z tych miejsc, które kryją ślady pierwszej twórczości artystycznej ludzi. Chcieliśmy to zobaczyć na żywo, ale niestety w Internecie brak jasnej informacji, czy wejście do groty jest płatne i ewentualnie ile kosztuje. Po przypłynięciu na Levanzo sytuacja się niestety nie rozjaśniła, bo budka informacji turystycznej była zamknięta, a jedyne co udało się znaleźć, to firmę, która oferuje wycieczki samochodem terenowym do groty w cenie 25 euro za osobę. Kiedy usiłowaliśmy się dowiedzieć, czy do groty da się dojść piechotą (w końcu wyspa ma tylko 6 km kwadratowych powierzchni!!), dowiedzieliśmy się, że „dzisiaj nie”. Wycieczka piesza miała być zorganizowana kolejnego dnia w cenie 12 euro od osoby. Wnioskuję z tego, że aby dojść do groty bezpłatnie trzeba znać drogę, a mapki wyspy niestety nie posiadaliśmy. No cóż. Następnym razem :]

Pozostało nam zatem porozglądać się i pospacerować tam, gdzie był dostęp. Zaczęliśmy od baru zlokalizowanego w jedynej wiosce na wyspie. :] Lokal skromny, ale z tarasem na zatoczkę ze zniewalająco lazurową wodą, na której łodzie wyglądają, jakby się unosiły w powietrzu.

 

 

Ochłonąwszy ruszyliśmy na wschód drogą wzdłuż wybrzeża. Po drodze mogliśmy obserwować żeglarzy, którzy chyba nieco chętniej cumowali w bajecznej zatoczce Cala Fridda niż wypływali na pełne morze. No cóż – trudno się dziwić. My najpierw szliśmy wzdłuż brzegu, a następnie razem z drogą odeszliśmy nieco od morza i poszliśmy pod górę w głąb wyspy. Widoki z góry były jeszcze lepsze, chociaż trzeba przyznać, że zrobiło się gorąco. Na szczęście w iglastym gaju przy drodze były ławeczki i można było nawet rozbić biwak. Tam przyszło się nam posilić. Potem zeszliśmy na dół i wzdłuż brzegu poszliśmy ścieżką na północny wschód, żeby po 20 minutach dotrzeć do kolejnej pięknej plaży przy Cala Minnola, gdzie też były miejsca do biwakowania.

 

 

Ostatnią część spaceru odbyliśmy idąc z powrotem ścieżką do Cala Fridda, a następnie do wioski skąd udaliśmy się na zachód. Najpierw jednak przeciskaliśmy się między malowniczymi białymi domami przyklejonymi do wzgórza, których okna wychodzą na morze. Na ciasnej uliczce, gdzie parkują głównie skutery (bo dróg na wyspie jest w sumie z 15 km), spotkaliśmy też swojskiego malucha. Minąwszy kilka domów wyszliśmy poza zabudowania wioski i szliśmy drogą prowadzącą wzdłuż wysokiego skalistego wybrzeża. Widoki są tam równie piękne, chociaż nieco mniej sielskie ze względu na morze, które uderza w szare skały opadające prosto do morza. Z tej strony rozciąga się też widok na Favignanę i Marettimo. Zawróciliśmy kawałek przed Faraglione – wyspą-skałą, która wystaje z morza nieopodal południowo-zachodniego brzegu wyspy. O ironio, dopiero po powrocie, gdy popatrzyłam na Google Maps, okazało się, że wystarczyło pół godziny spaceru dalej, aby dotrzeć do wspomnianej Grotta del Genovese.

 

 

Ostatnie pół godziny na Levanzo spędziliśmy nad zatoczką w porcie brodząc w wodzie i uciekając przed meduzami. Było pięknie, beztrosko i bardzo cicho. O tej porze roku wysepka doświadcza ewidentnie znikomego ruchu turystycznego. Zapewne z tego powodu budka informacji turystycznej była zamknięta na głucho.

 

 

Po 16:00 odpłynęliśmy w kierunku Trapani żegnając się z Egadami na dłużej. Ale już nieopodal Trapani nasze myśli zaprzątnęły plany obiadowe. Postanowiliśmy udać się ponownie do Couscouseria by Bettina i tam podążyliśmy zaraz zejściu z promu. Okazało się jednak, że lokal obchodzi sjestę w zupełnie innych godzinach niż sklepy i dopiero o 18:30 będzie czynny. Udaliśmy się zatem do marketu na ostatnie spożywcze zakupy – tym razem głównie z myślą o zakupieniu prezentów (głównie w postaci sera).

Natomiast po zakupach zapragnęłam zjeść takiego pysznego loda jak dzień wcześniej na Favignanie. Lodziarni w Trapani, podobnie jak w całych Włoszech, pod dostatkiem. Wybraliśmy więc pierwszą lepszą nieopodal portu i niestety, to już nie było to samo. Dużo mniej śmietankowe – chociaż nadal ogromne. Przy tej okazji zobaczyliśmy, jak inni klienci lodziarni zamawiają porcję loda… w bułce. Oczywiście jak tylko to zobaczyłam też chciałam spróbować, ale było za późno, bo moja porcja była gotowa. Nawiasem mówiąc, kilka tygodni po wycieczce znajomi opowiadali nam, że włoskie gelato w kontrowersyjnej bułce smakuje wybornie.

 

 

Tego wieczoru postanowiliśmy poszwędać się jeszcze po Trapani, aby wykorzystać czas do maksimum. Najpierw Couscouseria by Bettina, gdzie zjadłam makaron z czymś kapuścianym, a mąż makaron z owocami morza. Tym razem trafiliśmy nieco słabej w nasze gusta, ale wyszliśmy najedzeni. I tacy najedzeni spacerowaliśmy wieczorową porą przez deptak Via Giuseppe Garibaldi wśród tłumu ludzi – przede wszystkim Włochów spędzających sobotni wieczór w mieście. Wzdłuż tej drogi ciągną się różnego rodzaju knajpki, ale (ku mojemu zdziwieniu) znajduje się tam też wiele zabytków. Co chwilę mijaliśmy jakiś piękny obiekt z żółtą tablicą informacyjną. Niestety tablice były tylko po włosku, więc byliśmy w stanie zrozumieć jedynie czas powstania obiektu. Byłam zdziwiona, że pomimo dokładnego studiowania przewodników, tak wiele mi umknęło.

Kiedy doszliśmy do końca deptaka, zaczęliśmy kluczyć dowolnie pomiędzy kamienicami i w taki sposób przypadkiem trafiliśmy do Villa Margherita. Nazwa może zmylić, bo Villa Margherita to nie dom, a liczący dwa hektary park z nasadzonymi pięknymi drzewami. Jednak nie drzewa stanowiły osobliwość parku, a zwierzęta. Po alejkach swobodnie przechadzały się… hm… czarne gęsi? Natomiast w nieco przygnębiających klatkach siedziały króliki, świnki morskie, papugi, kury i pawie. Zapach parku był niezbyt przyjemny i moje ogólne wrażenie co do tego miejsca jest także mieszane. Jakby jednak nie było, jest to miejsce na tyle osobliwe, że warto je było zobaczyć.

 

 

Przy okazji tego spaceru przyjrzeliśmy się jeszcze jednej osobliwości, którą de facto mieliśmy od kilku dni na wyciągnięcie ręki,  ale jakoś wciąż było nie po drodze. Mowa o Chiesa di San Pietro – kościele, którego początki sięgają prawie tysiąc lat wstecz. To pokaźna budowla z kamienia, która jak gdyby nigdy nic w tej chwili jest zasłonięta ze wszystkich stron ciasną zabudową mieszkalną. Co ciekawe, ta zabudowa częściowo jest nawet doklejona do samego kościoła. Wygląda to tak, jak gdyby budynek mieszkalny narósł w sposób naturalny na bryle świątyni. Niestety było zbyt późno, aby zobaczyć kościół od środka. Mogliśmy za to stwierdzić smutny fakt, że budynek jest bardzo zaniedbany (przynajmniej z zewnątrz) – odpada z niego tynk, a ze szczelinek wyrastają rośliny.

Rekonesans wokół kościoła był ostatnią atrakcją tego dnia. Potem było tylko nudne pakowanie.

A tutaj komplet fotek z trzeciego dnia naszej wycieczki:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s