Dzień drugi, czyli Favignana rowerem

10.05.2013

Plan dnia drugiego był z góry ustalony: płyniemy na Favignanę, a tam na rowerze zwiedzamy wyspę. Dlatego zaraz po śniadaniu udaliśmy się do sklepu i piekarni obok naszego B&B, gdzie zaopatrzyliśmy się w prowiant. Tym razem sjesta nas nie zaskoczy! Poza wodą i rogalikami kupiliśmy też arancini. Przed wyjazdem czytałam, że to sycylijski specjał, więc grzechem było nie spróbować. Otóż arancini z wierzchu wygląda jak spuchnięty kotlet Devolay, ale w środku pod panierką kryje ryż i nadzienie. Najbardziej tradycyjne to takie z zielonym groszkiem, pomidorami i mięsem. Sycące i niedrogie.

Jak wspomniałam wcześniej, już po pierwszym dniu zwiedzania okazało się, że jesteśmy opaleni. Byliśmy zaskoczeni, bo pogoda pierwszego dnia wcale nie była upalna. Słońce świeciło jasno, ale silny wiatr skutecznie nas zmylił. Efekt był taki, że drugiego dnia rankiem z wyraźnymi i piekącymi śladami od słońca, intensywnie szukaliśmy kremu z filtrem. Znalezienie czegokolwiek poniżej 20 euro okazało się trudnym zadaniem i dopiero na wyspie w jednym ze sklepików znalazł się ratunek w formie małych buteleczek kremu UV30 w cenie 5 euro. Całe szczęście, bo i tak byliśmy już poparzeni i w paski. Wniosek: nigdy nie zapominaj kremu z filtrem, jak jedziesz na Sycylię!! Nawet jeśli prognoza pogody mówi, że na Sycylii będzie chłodniej niż w Polsce.

Ale wracając do wycieczki na Favignanę… Port turystyczny w Trapani znajduje się przy południowym nabrzeżu. Na Egady pływają linie Ustica i Siremar, ale w Siremar nie zdołałam zdobyć informacji o tym, co, gdzie i kiedy. Popłynęliśmy zatem wodolotem Ustica Lines (www.usticalines.it). Przy wejściu na statek mieliśmy okazję przekonać się, że Egady to jedna z największych atrakcji regionu. O ile dzień wcześniej w kolejce na Erice było zupełnie luźno, o tyle w porcie turystycznym uzbierał się niezły tłumek chętnych na wycieczkę na wyspy. Bilet kosztował 10 euro w jedną stronę, czyli za dwie osoby w dwie strony 40 euro. Wydatek spory, ale destynacja warta grzechu.

Prom płynący na Favignanę zatrzymuje się po drodze na Levanzo i wyrzuca tam część podróżnych, co swoją drogą powoduje małe zamieszanie i dezinformację, a zdarza się nawet, że niektórzy wycieczkowicze przez pomyłkę wysiadają za wcześnie. Kiedy zacumowaliśmy na te kilka minut przy Levanzo i zobaczyliśmy idealnie krystaliczną wodę, której przejrzystość sięgała kilku dobrych metrów w dół. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom.

 

 

Na szczęście na Favignanie okazało się, że tam morze jest równie lazurowe. Prom cumuje w niewielkim porcie, który znajduje się w centrum jedynego miasteczka na wyspie. Osada przytula się do pokaźnych rozmiarów zatoki. Oprócz portu turystycznego w samej zatoce jest też port rybacki z dziesiątkami małych kutrów i plaża, a naprzeciw portu turystycznego zabytkowe zabudowania słynnej tuńczykarni. Już na pierwszy rzut oka miasteczko robiło obiecujące wrażenie. Zaraz przy porcie panowie wręczyli nam ulotki, które okazały się być mapkami wszystkich trzech wysp, a kawałek dalej zaczepił nas człowiek pytając, czy chcemy wypożyczyć rower. Tak! Chcemy :] Taki był plan. Koszt wypożyczenia roweru na Favigannie to hit cenowy wyjazdu – 5 euro za cały dzień. Taniej niż w Polsce. Rower był co prawda nie pierwszej młodości, ale przerzutki działały i był koszyk. Czego chcieć więcej? Później mijaliśmy kilka innych wypożyczalni z dużo ładniejszymi rowerami i pełną ofertą rozmiarową, siodełkami dla dzieci, przyczepkami.. pełen asortyment. Nigdzie we Włoszech nie widziałam tylu rowerów co na Favignanie. Ale trudno się dziwić – każdy przewodnik turystyczny mówi, że wyspę warto zwiedzać na dwóch kółkach. I racja. Drogi są zupełnie płaskie i niezbyt ruchliwe. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to świetne miejsce, aby nauczyć się jazdy na rowerze 😀

 

 

Nasza wycieczka rowerowa miała jednak pewien poślizg. Najpierw poszłam za znakiem z literą „i”. Informacja turystyczna znajduje się w jednym z najładniejszych budynków na Favignanie –  w willi rodziny Florio. Uroczy neogotycki dom z pięknym ogrodem góruje nad zatoką. Jego lokalizacja jest w pewnym sensie symboliczna, bo rodzina Florio w XIX w. była w posiadaniu wyspy. Budując tuńczykarnię, a także organizując eksport tuńczyka Florio przyczynili się do ówczesnego dobrobytu mieszkańców. W informacji turystycznej nie dowiedziałam się jednak nic ciekawego, więc ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu kremu z filtrem i kawy. Kiedy zdobyliśmy rzadki towar w postaci kremu UV30 usiedliśmy nad zatoką przy plaży i uraczyliśmy się espresso. Plaża, słońce, kawa i cały piękny dzień przed nami – dla takich chwil warto żyć!

 

 

Favignana to największa z Wysp Egadzkich. Jej powierzchnia wynosi 20 km kw. i z pewnością można by ją objechać w ciągu jednego dnia. My jednak mieliśmy skromniejsze plany. Biorąc pod uwagę fakt, że wyspa dzieli się wyraźnie na dwie części – pierwszą płaską jak naleśnik i drugą górzystą z najwyższym wypiętrzeniem Monte Santa Caterina liczącym 314 m n.p.m. – postanowiliśmy zacząć ostrożnie od płaskiej części. Chcieliśmy ogólnie rozejrzeć się i zobaczyć piękne plaże. W pierwszej kolejności ruszyliśmy do najbliższej i najpopularniejszej.

Przejechawszy wyspę w poprzek dotarliśmy w okolice półwyspu Punta Longa i skręciliśmy w lewo kierując się w stronę Lido Burrone. Trasa cały czas biegnie tam przy samym morzu, a w zasadzie każda mała zatoczka zaprasza do kąpieli. Na dnie morza leży piękny piasek, a woda jest całkowicie przejrzysta kilka metrów w głąb. Fanom kąpieli trudno się w takich warunkach powstrzymać przed skokiem do wody. Lido Burrone opisywane jest przez przewodniki, jako najpopularniejsza plaża. Przyczyną jest zapewne fakt, że miejsce to oferuje dość wygodne, szerokie wejście do wody i nieco tradycyjnej piaszczystej plaży. Z tego co widziałam jest też pełna plażowa infrastruktura – knajpki, toalety, itd. Miejscu nie można odmówić uroku, ale chcieliśmy uniknąć masowego plażowania, dlatego udaliśmy się dalej na południowy wschód w kierunku kolejnej plaży Cala Azzurra. Po drodze minęliśmy jeszcze małe turystyczne getto – Villagio Valtur, które o tej porze roku wyglądało jak jedno z miast duchów na amerykańskiej pustyni. Kawałek dalej znajduje się wspomniana Cala Azzurra. Ta plaża, nie licząc niebieskiej wody i pięknego dna, ma zupełnie inny charakter niż Lido Burrone. Nad wodą góruje skarpa, a sama plaża jest bardzo wąska i kamienista. Jest tam zatem pięknie i malowniczo, chociaż nieco mniej wygodnie. I niestety… tak samo tłocznie jak przy Lido Burrone.

 

 

 

 

Ostatecznie, obawiając się, że w końcu przegapimy szansę na kąpiel w morzu, postanowiliśmy rozłożyć nasz biwak w tym miejscu. Nad wodą zebrał się niezły tłumek, ale na szczęście dla każdego znalazło się miejsce. My ulokowaliśmy się na jednym z dużych głazów i posiliwszy się arancini poszliśmy do wody. Tak, wiem – nie pływaj po jedzeniu! ;] Jednak o pływaniu nie było mowy. Lazurowa woda w pełnym słońcu zapraszała do kąpieli, ale jej temperatura na początku maja nie była wyższa od temperatury wody w górskim potoku. Dlatego popluskaliśmy się trochę (uważając na meduzy!) i zaraz wyszliśmy na ląd.

 

 

Plażowanie nie zajęło nam więcej jak półtorej godziny. Tacy z nas plażowicze. Gdy słońce pozwoliło nam wyschnąć, odpięliśmy rowery i pojechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża. Niedaleko, na Punta Marsala znajduje się latarnia morska, a dalej droga asfaltowa zamienia się w gruntową, a następnie w ścieżkę. Chcąc jechać wygodnie musielibyśmy zawrócić przy latarni morskiej i odnaleźć drogę nieco dalej od morza. Postawiliśmy jednak na przygodę i ruszyliśmy ścieżką. Pomimo, że miejscami była usłana kamieniami i musiałam prowadzić rower, to śmiem twierdzić, że decyzja była trafna. Otóż nie pisałam wcześniej, że mieszkańcy Favignany w przeszłości oprócz tuńczyka żyli także z wydobycia tufu – skały, która służyła jako budulec. Cała płaska część wyspy jest wygryziona pozostałościami po kopalniach odkrywkowych. Ścieżka, którą przyszło nam wędrować wzdłuż brzegu prowadziła właśnie pomiędzy takimi dawnymi kopalniami, które w tej chwili częściowo porośnięte roślinnością tworzą bardzo ciekawy krajobraz.  Tą dziką ścieżką prowadzącą wśród dawnych kopalń dotarliśmy do jeszcze jednego miejsca wydobycia tufu – szczególnie malowniczego, bo położonego nad samym morzem Bue Marino. Ponieważ tuf wydobywano także nad samym brzegiem morza, wyspa jest nie tylko „podgryziona” z wierzchu, ale także na brzegach ze wszystkich stron. Przy Bue Marino płasko ścięte skały schodzą aż do morza, a część kopalni jest zalana wodą, co sprawia, że jest to atrakcyjne miejsce dla nurków, chociaż niezbyt bezpieczne dla słabych pływaków. Na szczęście byliśmy już po kąpieli, więc wystarczyło nam kilka westchnień zachwytu i parę fotek. Z Bue Marino trafiliśmy już na asfalt i podążaliśmy w kierunku miasteczka mijając raz po raz ogrody, które mieszkańcy wyspy aranżują w wykopach po wydobywanej skale.

 

 

Do miasteczka wjechaliśmy od wschodu. Od razu oddaliśmy rowery i kupiliśmy bilety na statek powrotny, do którego mieliśmy jeszcze 2 godziny. To był czas, żeby pooglądać miasteczko. Osada jest niewielka, ale ma typowo miejską zabudowę z kamieniczkami i wąskimi ulicami. Centrum ciągnie się od portu przez Piazza Europa do Piazza Madrice. To w sumie 10 minut spaceru. Na Piazza Madrice przycupnęliśmy w jednej z kafejek, w której na szczęście nie obchodzono sjesty, i tam zjadłam najpyszniejsze lody orzechowe na świecie. Porcja kosztowała 2 euro, ale miała się nijak do naszych śmiesznych polskich gałek – nie przesadzę jeśli powiem, że była ośmiokrotnie większa i pyszniejsza!

 

 

Ostatnią godzinę na Favignanie spędziliśmy nieopodal tuńczykarni. W cieniu, na murku mieliśmy widok na całą miejską plażę, Villę Florio, port rybacki i turystyczny. O tej porze roku miasto doświadcza już ruchu turystycznego, ale widać, że to dopiero nieśmiały wstęp przed letnimi miesiącami. Siedząc na murku mogliśmy obserwować, jak właściciele kawiarni montują podesty dla większej liczby gości, którzy kilka tygodni później będą masowo pojawiać się na wyspie. Można też było zaobserwować, jak miasto robi się coraz cichsze i spokojniejsze wraz z kolejnymi promami, które zabierały grupy turystów z powrotem do Trapani i Marsali. W końcu przyszła także pora na nas. Byłoby niesprawiedliwym, gdybym nie podkreśliła, że wycieczka na Favignanę stanowczo przerosła nasze oczekiwania – było wspaniale! Kiedy jednak przyszła pora wsiedliśmy grzecznie na pokład wodolotu. Szkoda, że 30-minutowy rejs trzeba przesiedzieć w zamkniętym pokładzie. Na zewnątrz byłoby dużo ciekawiej.

 

 

W B&B byliśmy koło 20:00, ale wcześniej zrobiliśmy jeszcze małe zakupy. Nasza kolacja poprzedniego dnia była tak wyśmienita, że trzeba było to powtórzyć. Sztangiel, ser włoski i włoskie kiełbaski. Tym razem były też oliwki na wagę, a na deser oczywiście truskawki.

Ze względu na mewy i pojawiające się komary tej nocy zamknęliśmy okna. Natomiast ze względu na opaleniznę, która pomimo zakupionego rankiem kremu z filtrem rozgrzewała skórę do czerwoności, uruchomiliśmy też klimatyzację. Poczynione zabiegi pozwoliły zapaść w zdrowy sen.

 

 

A tutaj komplet fotek z drugiego dnia naszej wycieczki:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s