Dziewiąty dzień – San Diego

USA, wrzesień 2012

11.09.2012

Do San Diego ściągnął nas USS Midway. Amerykański lotniskowiec, który służył zarówno w Wietnamie, jak i w trakcie Pustynnej Burzy, cumuje obecnie na stałe w porcie w San Diego i pełni rolę muzeum. Co do reszty atrakcji, nie mogliśmy się zdecydować – w mieście jest co prawda milion muzeów, najsłynniejsze na świecie zoo, park safari, parki rozrywki, ale wszystkie te atrakcje są dość kosztowne.

Rankiem po śniadaniu wyjechaliśmy w kierunku centrum miasta. Przejechaliśmy przez dzielnicę lamp gazowych, którą wszystkie przewodniki opisują jako uroczą i wartą odwiedzenia. Ale nie dajcie się nabrać – ulica jak ulica – w Polsce w co drugim miasteczku znajdzie się podobna uliczka z zabytkowymi latarniami. W Polsce nie znajdziemy natomiast lotniskowca, na którym w czasie działań wojennych służyło 4 tysiące żołnierzy i ponad 100 samolotów. Dlatego dzielnicę lamp gazowych minęliśmy bez żalu i udaliśmy się w stronę zatoki. Zaparkowaliśmy przy ulicy – uważnie, aby nie przekroczyć linii namalowanej na asfalcie, która pokazuje, jak blisko krawężnika musi stać auto. Następnie udaliśmy się w kierunku portu bezmyślnie mijając knajpkę z kultowego filmu „Top Gun”. Nie wiedziałam, bo nie widziałam tego filmu!!! A to ponoć wstyd, bo wszyscy go widzieli.

W kolejce stanęliśmy jeszcze przed 10:00, więc byliśmy wśród pierwszych zwiedzających. Po uiszczeniu opłaty za bilet w kwocie 25$ weszliśmy na pokład, gdzie dostaliśmy ulotki z mapką i audioprzewodnikiem. USS Midway należy do takich muzeów, których nie da się zwiedzić dokładnie na raz. Po przejściu dwóch poziomów, kabin szeregowych żołnierzy, podoficerów, oficerów i dowódców, sal odpraw, mesy, więzienia i m.in. pomieszczenia, w którym planowano działania w trakcie Pustynnej Burzy przewodnik kieruje zwiedzających na poziom, gdzie prezentowane są samoloty, które służyły na  lotniskowcu. Jednym z ostatnich etapów jest zwiedzanie pokładu lotniczego, na którym też stoi część samolotów. Większość maszyn można zwiedzać i przymierzać się do roli pilota. Audioprzewodnik ubarwia zwiedzanie ciekawostkami. Lotniskowiec jest na tyle ogromny, że już w połowie wycieczki zwiedzający zaczyna odczuwać przesyt. Nie chciałabym być źle zrozumiana, bo cały spacer po USS Midway był szalenie ciekawy. Każdy kąt statku to jakaś nowinka, nowa wiedza, ciekawostka. Jednak ponoć z każdego zwiedzanego miejsca człowiek zapamiętuje tylko trzy fakty, a ja czułam się zbombardowana nową wiedzą. Po trzech godzinach chodzenia, nadal miałam wrażenie, że nie oglądnęłam wszystkiego dokładnie, że już nie wspomnę o zapamiętaniu tego, co zobaczyłam. Zapewne stąd znużenie.

 

 

Po zejściu z pokładu statku zdecydowaliśmy się na odpoczynek w Balboa Park. Trudno opisać, czym jest Balboa Park. W zasadzie jest to park miejski, ale tak gigantyczny, że ciężko sobie to wyobrazić.  Częścią liczącego prawie 500 hektarów parku jest słynne na całym świecie San Diego Zoo, a także kilkanaście muzeów i ogrodów. Niestety, wejście do większości muzeów jest płatne, a zwiedzanie zoo to koszt prawie 50$ od osoby! Dlatego zdecydowaliśmy się pospacerować jedynie po przestrzeni otwartej i muszę przyznać z zażenowaniem, że obawiałam się nudy. Na szczęście byłam w błędzie.

Zaparkowaliśmy na terenie parku i ruszyliśmy w stronę głównej promenady – El Prado, gdzie mogliśmy się przekonać, że Balboa Park to nie tylko przyroda, ale też architektura. Główna aleja usiana jest pięknymi budynkami w hiszpańskim stylu. Mieści się w nich centrum turystyczne, oraz większość muzeów i teatry. W okolicach centrum turystycznego mieliśmy okazję wypić pierwszą mocną kawę w USA. Co za wrażenie po dwutygodniowej przerwie!

 

 

W trakcie spaceru zwiedziliśmy też ogród botaniczny, którego architektura zachwyciła mnie chyba bardziej niż same rośliny. Ogród zlokalizowany jest w pięknym ażurowym obiekcie, którego duża część skonstruowana jest z drewna. Chociaż kolibry w ogrodzie także robiły wrażenie. W jednej z odnóg parku zlokalizowano też wioskę hiszpańską, na którą składa się kilka pawilonów z uroczymi mały sklepikami, w których króluje sztuka. Uliczki są tu wyłożone kamieniem pomalowanym na wiele kolorów, a bogata paleta barw to główny wyróżnik tej część parku.

 

 

Na wiosce hiszpańskiej planowaliśmy zakończyć spacer po parku, ale w drodze powrotnej przypomniała o sobie rocznica 11 września. Ze względu na stosunkowo wczesną porę obchody dopiero się zaczynały. Wokół fontanny umieszczono kilkadziesiąt flag – wśród nich również polską. Zaraz obok stały tablice pamiątkowe, na których większość miejsca zajmowały listy i ogłoszenia osób poszukujących swoich bliskich po wydarzeniach z tamtych dni. Wydawało mi się, że nie mam szczególnie emocjonalnego stosunku do rocznicy zamachów na WTC, ale te listy rozrzewniłyby chyba każdego. Było to zresztą widać, bo Amerykanie stojący przy tablicach bez wstydu ocierali łzy.

 

 

My po chwili zadumy skierowaliśmy się z stronę parkingu zwiedzając jeszcze Zoro Garden, który zlokalizowany jest w małym wąwozie. Wyróżniają go gołe korzenie drzew figowych wzdłuż zboczy oraz kolonie motyli – monarchów i pazi. Kiedy myśleliśmy, że Balboa Park już nas niczym nie zaskoczy, w Zoro pokazał swoją kolejną, zupełnie inną twarz. My jednak po raz kolejny tego dnia doprowadzeni do stanu, kiedy nawet najsilniejsze bodźce nie robiły najmniejszego wrażenia, udaliśmy się do samochodu. W aucie zagłuszyliśmy zmęczenie i głód wpychając w siebie po kilka ciastek i pojechaliśmy dalej.

 

 

Ostatnim etapem zwiedzania San Diego były odwiedziny w Old San Diego. I tam podobało mi się najbardziej. Stare miasto, miejsce, gdzie zaczęło się San Diego, nie przypominało niczym znanych nam z Europy starówek wielkich miast. Old Town San Diego to raczej skansen z uroczymi domkami i budynkami, które niegdyś pełniły ważne role, jak hotel, szkoła, czy kuźnia. Udało nam się odwiedzić tylko kilka z nich, bo było późno i większość była właśnie zamykana. Szkoda, bo tak mi się podobało, że niespodziewanie dostałam dodatkowego zastrzyku energii.

Pierwszą szkołę w San Diego zobaczyliśmy tylko z zewnątrz i to, co zapamiętałam najlepiej, to lista nakazów i zakazów. Przykładowo, dziewczynkom i chłopcom nie wolno było się bawić razem. Za wszystkie przewinienia wyznaczona była określona ilość uderzeń linijką. Co ciekawe, surowe zasady obowiązywały też nauczycieli. Jeśli nauczyciel pojawiał się regularnie na mszy w kościele, to w nagrodę otrzymywał dwa wolne wieczory w tygodniu.

Dosyć dokładnie udało się nam natomiast zwiedzić Casa de Estudillo – parterowy dom z patio i małą fontanną po środku wybudowany z suszonej cegły (adobe). Należał on do rodziny Estudillo – zamożnych osadników meksykańskich. W XIX w. był to jeden z najlepszych domów w Kalifornii. Chcąc wczuć się w jego klimat, jak i w atmosferę całego Old San Diego, wystarczy przypomnieć sobie serial Zorro. Całe stare miasto jest z resztą pamiątką po meksykańskiej Kalifornii, a spacer po nim pozwala przenieść się na chwilkę do innej rzeczywistości. I to wszystko za darmo! 😛

 

 

Kiedy niebo zaczęło szarzeć zdecydowaliśmy się na odwrót. Tradycyjnie, tego dnia także nie udało nam się zaplanować posiłku zawczasu. Dopiero gdy żołądki zaczęły głośno o sobie przypominać, zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad obiadem. Trochę z ciekawości, a trochę z pośpiechu, tego dnia zdecydowaliśmy się przetestować kolejną sieciową restaurację z fast foodem. Jak się okazało, Popeyes specjalizuje się w kurczakach. Wszyscy zamówiliśmy zestawy za ok. 10$ i najedliśmy się do nieprzytomności. Był to jednak jeden z tych typowych fast foodów, gdzie pierwsze kęsy smakują jak ambrozja, natomiast już w połowie posiłku pojawia się niesmak połączony ze wstrętem do samego siebie.

Wieczorny posiłek miał być ostatnim punktem programu tego dnia. Niedługo po powrocie na kemping zapadliśmy w spokojny sen. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że czekają nas odwiedziny nieproszonego gościa…

W środku nocy przez uchylone drzwi do naszej chatki wkradła się czarna puchata kula… z białym paskiem wzdłuż tułowia!! Najpierw myśleliśmy, że to skrobanie to wiatr, albo co najwyżej kot, ale gdy z walącym sercem odważyłam się zaglądnąć w stronę naszych zapasów jedzenia, przez drzwi na zewnątrz wymaszerował pokaźny skunks. Nigdzie się nie spieszył i kusiło mnie, żeby zrobić fotkę, ale strach przed słynnym skunksim zapachem wygrał. Pozwoliłam zwierzakowi spokojnie się oddalić, a potem nastąpił rekonesans. Jak się okazało skunksowi przypadł do gustu nasz ser żółty z pieprzem. Wygrzebał go z siatki, odwinął z opakowania i dziubał jak batonika. Swoją drogą, dobry wybór – ser był naprawdę wyborny! :] Oczywiście odetchnęliśmy z ulgą. Gdyby nieproszony gość okazał się być nieco bardziej nerwowy, nasz cały dobytek cuchniałby nie do wytrzymania. Nauczeni doświadczeniem zamknęliśmy drzwi, a gdy emocje opadły, zapadliśmy na nowo w sen.

Podsumowując, San Diego bardzo się nam spodobało – było czyste, zadbane, a utrzymująca się tam temperatura ok. 26 stopni Celsjusza była po prostu idealna. Nawiasem mówiąc, w San Diego jest tak ponoć cały rok. Zabrakło nam czasu, żeby przetestować słynne plaże, bo miasto słynie właśnie z idealnych warunków do plażowania. Mogliśmy się natomiast przekonać, że w San Diego mieszkają prawdopodobnie najmilsi i najbardziej uśmiechnięci ludzie w USA, a także najbardziej wyluzowane skunksy. San Diego to miasto prawie idealne – szczególnie w porównaniu do Los Angeles, które odwiedziliśmy następnego dnia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s