Ósmy dzień – Dziki Zachód i droga do San Diego

USA, wrzesień 2012

10.09.2012

W piękny poniedziałkowy poranek z żalem pożegnaliśmy nasz miły domek na pustynnym kempingu i pojechaliśmy do nieodległego Calico. Podobnie jak dzień wcześniej, tego dnia także mieliśmy w planie zwiedzanie wymarłego miasteczka. Tym razem było to jednak ghost town z końca XIX w. – takie jakie kojarzymy z Dzikim Zachodem i filmami o kowbojach.

Jak już wspominałam, Calico leży nieopodal Barstow na wzgórzach pustyni Mojave. Powstało podobnie jak wiele innych w drugiej połowie XIX w. wraz z rozpoczęciem wydobycia srebra i momentalnie zaczęło tętnić życiem. Powstała w nim poczta, szkoła, sklepy, gabinety lekarskie. W szczycie rozwoju Calico liczyło 3,5 tys. mieszkańców. Gdy kilkanaście lat później ceny srebra drastycznie spadły, miasteczko z roku na rok całkowicie opustoszało. Obecnie jest to skansen z kilkoma oryginalnymi odrestaurowanymi obiektami i wieloma postawionymi jako kopie tych, które niegdyś tu stały. Centrum miasteczka to jego główna ulica, wzdłuż której usytuowano najważniejsze obiekty. Wrażenie jest przyjemne, szczególnie, że pokrywa się z tym co znamy z westernów. Do tego tło, jakie stanowią pomarańczowo-żółte surowe skały, wszędobylski pył i skwar dopełniają obrazka. Najbardziej podobał mi się budynek szkoły. Nie jest to co prawda obiekt oryginalny, ale jeśli wierzyć opisowi, wierna kopia budynku, w którym kiedyś uczyły się dzieci kupców z Calico. Przywiódł mi na myśl przygody „Ani z Zielonego Wzgórza”, chociaż, owszem, zdaję sobie sprawę, że surowa Pustynia Mojave różni się diametralnie od kanadyjskiej Wyspy Księcia Edwarda.

 

Będąc w tej okolicy warto odwiedzić Calico i wczuć się w klimat Dzikiego Zachodu. Chociaż, aby być zupełnie szczerą, muszę dodać, że obecni gospodarze miasteczka, motywowani zapewne chęcią zysku, nieco przesadzili z charakteryzacją i miejscami zamiast skansenu mamy kiczowatą dekorację przypominającą Dziki Zachód w lunaparku. Na szczęście tylko miejscami. Odwiedziny w Calico kosztują 7$, więc niezależnie od tego, czy się spodoba, czy nie, za tą cenę można zaryzykować.

Zwiedzanie skończyliśmy koło południa – całe szczęście, bo o tej godzinie upał zaczął o sobie przypominać. Ruszyliśmy na międzystanową autostradę I-15, która z Calico miała nas doprowadzić do San Diego. 300 km tą trasą dało mi mocno we znaki. Autostrada już od Barstow biegnie przez obszary zurbanizowane albo wśród gór łącząc ze sobą leżące w niedużych odległościach miasteczka. W związku z tym, jej większa część liczy co najmniej pięć pasów w każdą stronę, a w najbardziej ruchliwych miejscach ma ich nawet dziewięć. Zwęża się jedynie tam, gdzie biegnie przez góry, ale od emocjonujących wrażeń nie pozwalają odpocząć strome, długie zjazdy. Na trasie są nawet punkty, w których kierowcy ciężarówek muszą się zatrzymać, aby sprawdzić wytrzymałość hamulców. O tym, jak może się skończyć podróż taką trasą ze zbyt słabymi hamulcami, przekonaliśmy się mijając roztrzaskaną w drobny mak przyczepę kempingową i wywrócony na bok pojazd, który ją ciągnął. Jednak najwięcej stresu kosztowały mnie zjazdy i wjazdy na autostradę, które były usiane tak gęsto, że łączyły się ze sobą wymuszając na kierowcy bardzo dynamiczną jazdę. Niewłączenie się odpowiednio prędko do ruchu z pasa rozbiegowego oznaczało przymusowy zjazd z autostrady najbliższym zjazdem. Dodam, żeby było sprawiedliwie, że jak chodzi o jazdę samochodem, to mam skłonności do paniki i często krzyczę „Hamuj”. Możliwe zatem, że tylko dla mnie przejazd tą autostradą stanowił horror. Niewątpliwie jednak dziewięć pasów w jedną stronę robiło imponujące wrażenie.

Ponieważ droga mijała szybko i na szczęście bez niemiłych przygód, po drodze skusiliśmy się na zwiedzanie centrum handlowego. Piszę o tym, bo tego dnia byłam po raz pierwszy w dwóch sklepach, w których zakręciło mi się w głowie. Pierwszy z nich to Party City – sklep, w którym można kupić wszystko na imprezę – gadżety, stroje, maski, peruki, artykuły do makijażu, ale także zaproszenia, topy na tort ślubny oraz naczynia i sztućce we wszystkich kolorach tęczy. A nuż będziesz mieć nastrój na imprezę w kolorze fioletowym? Party City odwiedziliśmy jako zwiedzający, natomiast w drugim sklepie zaistniała szansa na realne zakupy. ROSS „dress for less” to sklep, w którym z rozsądnej turystyki zamieniłam się w opętaną zakupoholiczkę. Jak się później dowiedzieliśmy, ROSS to jedna z outletowych sieci, gdzie w dużo niższej cenie można zakupić ubrania, buty, biżuterię i gadżety znanych marek. Po chwilowym oczopląsie i opanowaniu chęci zakupu WSZYSTKIEGO uspokoiłam się, kupiłam buciki Steve’a Maddena za 17$ i ruszyliśmy dalej.

 

 

Najbliższe dwa noclegi mieliśmy zaplanowane w San Diego, a konkretnie w Chula Vista na południe od centrum San Diego. Wybór miejsca podyktowany był lokalizacją kempingu. Według rankingów miał to być jeden z najlepszych obiektów zrzeszonych w KOA. Na miejscu za kontuarem przywitała nas szalenie sympatyczna pani, która obsłużyła nas z uśmiechem na ustach i była bardzo pomocna, gdy zapytaliśmy, gdzie możemy coś zjeść. Później słyszałam, jak ze szczerym entuzjazmem mówiła do swoich kolegów z pracy „I just love this job!”. Na zawsze to zapamiętam, bo to jedno stwierdzenie kazało mi się zastanowić nad własnym stosunkiem do pracy :]

Jak chodzi natomiast o sam kemping to okazało się, że faktycznie jest dobrze zorganizowany, ma szeroką ofertę domków, basen, duże darmowe łazienki i prysznice. Niestety był jednak dużo droższy od tego w Barstow. Za miejsce na namiot mieliśmy zapłacić 48$ za noc. Jednak rozleniwieni po poprzednim świetnym noclegu po raz kolejny zdecydowaliśmy się dopłacić za domek (+20$ za noc). Tym razem była to jednak dużo skromniejsza chatka, z dwuosobowym łóżkiem i łóżkiem piętrowym, stołem, krzesłami i oczywiście bujaną ławką na mini-tarasie. Za domki z klimatyzacją, pełnym węzłem sanitarnym i kuchnią trzeba było zapłacić dużo za dużo, bo ok. 120$. Byłoby to opłacalne przy wycieczce większą grupą. Mimo wszystko, my byliśmy zadowoleni z podwyższenia standardu. Zaoszczędziliśmy czas na rozkładaniu namiotu i mieliśmy przed sobą dwie noce w wygodnych łóżkach.

 

 

Mam jednak pewne zastrzeżenia do kempingu w Chula Vista. Najważniejsze dotyczy czystości – w łazienkach było średnio. Poza tym, niestety panował tam już powakacyjny nastrój – za pusto i za cicho. Chociaż trudno tu szukać winy w gospodarzach obiektu.

Tego popołudnia udaliśmy się jeszcze do centrum Chula Vista, które nawiasem mówiąc położone jest zaledwie 11 km od granicy z Meksykiem i kolory twarzy osób spotykanych na ulicy dają odczuć tę bliskość. Ulica, przy której zlokalizowane są knajpki, jest urocza, chociaż tutaj również było już czuć nastroje powakacyjne. Zachęceni dobrymi doświadczeniami zdecydowaliśmy się na obiad w azjatyckiej knajpce, której nazwy niestety nie zapamiętałam. Jedzenie było w porządku, ale darmowy rożek sushi był wybitny! No i znowu poprosiłam o wodę gazowaną, a dostałam nagazowaną kranówkę z posmakiem łazienki ;]

Wieczór minął na bujanej ławce pod domkiem i planowaniu pełnego wrażeń następnego dnia w San Diego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s