Szósty dzień – Wielki Kanion

USA, wrzesień 2012

08.09.2012

Ten dzień był pierwszym dniem bez jazdy. Mój mąż odpoczął od kierownicy i wszyscy zażyliśmy trochę ruchu.

Na początek kilka słów o organizacji turystyki w Wielkim Kanionie, bo jest o czym pisać. Przede wszystkim – shuttle busy. Dzięki ich obecności turyści nie robią hałasu własnymi samochodami, tylko grzecznie odstawiają pojazdy na parking i wsiadają do autobusów. Linie są trzy.  Jedna zbiera ludzi po całej Grand Canyon Village – podjeżdża pod kempingi, hotele, sklepy i na przystanki, gdzie turyści przesiadają się do dwóch pozostałych linii, które kursują wzdłuż krawędzi kanionu. Jedna z nich jedzie na zachód, a druga na wschód. Nimi przemieszczają się turyści, którzy chcą udać się na szlak w dół kanionu, a także ci, którzy nie mają siły na piesze wędrówki i chcą podziwiać Kanion z góry. Ponieważ autobusy kursują co kilkanaście minut w ciągu dnia – można wysiadać w punktach widokowych i wsiadać za chwilę przemieszczając się dalej. Linie oznaczone są kolorami, a obsługa autobusów bardzo miła. Nie sposób się pogubić.

W większości punktów widokowych są toalety – suche, ale ładnie w nich pachnie i jest nawet specjalny płyn do mycia rąk, którego się nie spłukuje tylko sam wysycha. Dodatkowo wszystkie ważne punkty są doskonale oznakowane i prawie wszędzie można dostać dokładną mapę wioski oraz gazetkę informacyjną. Z niej dowiedzieliśmy się, że co wieczór organizowane są pogadanki ze strażnikami parku, a w ciągu dnia wycieczki. Szkoda, że nie udało nam się w żadnej uczestniczyć. Następnym razem!

My nasze zwiedzanie Kanionu rozpoczęliśmy od krótkiej pieszej wycieczki w dół. Żeby zejść nad samą rzekę Kolorado powinno się na to przeznaczyć dwa dni, co oznacza trekking z namiotem i śpiworami. Co więcej, potrzebna jest też zgoda Parku na nocleg w dole Wielkiego Kanionu. My po kilku dniach siedzenia w samochodzie zdecydowaliśmy się na dużo krótszą wycieczkę. Dwoma autobusami dotarliśmy do South Kaibab Trailhead – początkowego punktu szlaku South Kaibab. Stamtąd zeszliśmy do pierwszego punktu widokowego – Ooh Aah Point, którego finezyjna nazwa pochodzi od spektakularnej panoramy Kanionu, która się z tego miejsca rozciąga. Ale nasze zachwyty zaczęły się na długo przed punktem Ooh Aah.

Trasa w dół nie powinna była zająć nam więcej niż 40 minut, ale szliśmy z pewnością dłużej, bo co chwilę przystawaliśmy usiłując pstryknąć zdjęcie umykającym zwierzakom. Na trasie pełno było małych futrzaków, których nazwy niestety nie jestem pewna, ale prawdopodobnie były to susły. Puchate zwierzątka wydawały dźwięk doskonale udając dużego ptaka. A co do ptaków, to też ich nie brakowało. Drapieżniki spokojnie szybowały nad kanionem wypatrując ofiar. Jednak więcej emocji wzbudził koliber, który ruszał skrzydełkami tak szybko jak owad. Na szczęście nie widzieliśmy żadnego węża.

Tak więc szliśmy w dół zatrzymując się co pięć sekund, dziwiąc się wszystkiemu jak dzieci. Po dotarciu do Ooh Aah Point przekonaliśmy się, że nazwa punktu jest jak najbardziej zasłużona – piękne widoki wzbudzają westchnienie zachwytu. Jednak najbardziej niesamowite wrażenie Wielki Kanion robi, gdy się go widzi po raz pierwszy, czyli w naszym przypadku zaraz po wysiadce z autobusu. Kanion wygląda dokładnie tak jak na zdjęciach – tylko, że jest tysiąc razy większy i trudno uwierzyć, że to nie jest fototapeta.

W okolicach punktu Ooh Aah zobaczyliśmy też słynne muły i prowadzących je kowbojów – w śmiesznych butach i kapeluszach – jeden kowboj na pięć mułów. Muły w Kanionie są ważne, bo tylko one zwożą zaopatrzenie w na sam dół. Są ponoć bardzo wytrzymałe i dlatego właśnie one pracują w Kanionie. Nawiasem mówiąc, inaczej wyobrażałam sobie muły. Myślałam, że bardziej przypominają osły. A one wyglądem przypominają konie – tylko  z długimi uszami. Jaki by nie był – muł w Kanionie zawsze ma pierwszeństwo!

Z powrotem czekał nas półtorakilometrowy spacer i dwustumetrowa różnica wzniesień. Podchodząc pod górę w miejscu, gdzie zrobiło się bardziej stromo, nieco żeśmy się zasapali. Zadyszka złapała nas akurat tam, gdzie muły pozostawiły po sobie duże ilości cuchnących pamiątek. ;]

Ok. 12:00 byliśmy na górze. Autobusem udaliśmy się pod bibliotekę, ale nie po to, żeby czytać, tylko po to żeby dzwonić. Według mapy w bibliotece było WiFi, więc mogliśmy zadzwonić przez Skype do domu. Następnie, posiliwszy się prowiantem z plecaka, udaliśmy się czerwoną linią autobusową na zachód do Pima Point skąd postanowiliśmy urządzić sobie spacer wzdłuż Kanionu – szliśmy przez Hopi Point do Powell Point skąd znowu czerwoną linią wróciliśmy do wioski. Nasze wrażenia z tego spaceru chyba najlepiej obrazują zdjęcia – było pięknie. Co ciekawe, patrząc z góry, jest na prawdę ciężko wypatrzyć rzekę – tak głęboko wcina się ona w skały.

Koło godz. 16:00 zaatakowaliśmy sklepy z pamiątkami. Było trochę ciekawych souvenirów – typowych amuletów indiańskich, np. małe laleczki, które wieszało się nad łóżkiem dziecka, aby zapewnić mu zdrowie i spokojny sen. Zważywszy jednak, że w ciągu dwóch dni w Kanionie nie widzieliśmy ani jednego Indianina, nie byłaby to pamiątka odzwierciedlająca nasze przygody. Co więcej, ceny indiańskich pamiątek były bardzo wysokie. Poza tym, bez zaskoczenia – tutaj, podobnie jak u nas, w gift shopach króluje chińszczyzna. Jedyna oryginalna pamiątka w niezbyt wygórowanej cenie, jaką udało nam się znaleźć, to podkowa, którą zgubił jeden z kanionowych mułów. Prawdziwa pamiątka za 5$.

Tego dnia resztkami sił zrobiliśmy jeszcze zakupy w markecie. Ceny nieco wyższe niż w mieście, ale bez przesady – do przyjęcia. Naszym głównym celem było drewno, bo chcieliśmy zapalić małe ognisko, zjeść jakieś mięsko, a ja chciałam się przekonać, o co chodzi z tymi białymi piankami, które zawsze pieką w filmach. No i przekonałam się – białko ubite z cukrem na ciepło. Smak podobny do słodkiego ptysia gdyby go podgrzać. Za to mięso było wyborne, a spożywanie go pod niebem usianym gwiazdami było przyjemniejsze niż kolacja w najlepszej restauracji.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s