Piąty dzień – hazard po śniadaniu i droga do Wielkiego Kanionu

USA, wrzesień 2012

07.09.2012

Jak wspomniałam, Las Vegas nigdy nie kończy zabawy. Ta reguła w szczególności dotyczy kasyn. Każdy hotel w mieście ma gigantyczną przestrzeń przeznaczoną dla hazardu, która jest otwarta dzień i noc. Podobnie było w naszym Stratosphere. Początkowo planowaliśmy jedynie spróbować swoich sił na automatach, których setki stoją w każdym kasynie. Ale opis przygód ekipy z BusemPrzezŚwiat.pl ośmielił nas do ruletki. Nie chodziło o wielką wygraną, tylko o to, żeby spróbować i przekonać się, jak to jest zagrać w ruletkę.

Zaraz po śniadaniu, około 9:00 rano, zeszliśmy do kasyna. Na rozgrzewkę zagraliśmy na automatach, ale to tak nudne, że straciłam zainteresowanie po pięciu minutach. Nie umiem sobie wyobrazić, co ludzi trzyma przy tych maszynach godzinami. Może gdybym coś wygrała, to bym nabrała chęci. Kto wie… My znudzeni automatami zaczęliśmy szukać stołu do ruletki, w którym obowiązywała niewielka kwota na wejście. Udało się znaleźć taki od 5$. Miła pani szybko wytłumaczyła nam, na czym polegają zasady gry i jak mamy rozumieć jej różne gesty. Na samym początku trafiłam numer!! To się bardzo rzadko zdarza, a wygraną w takim przypadku mnoży się x 36. Szkoda, że na „28” postawiłam tylko 1$. Przy okazji zaliczyłam kolor, co w sumie dało mi wygraną w kwocie 41$. Resztę sumy przegraliśmy z kretesem. Nawiasem mówiąc, miła pani bardzo szybko kręciła ruletką, a w momencie, kiedy kręciła nie wolno już było obstawiać. Dlatego tylko w trakcie pierwszej rundy zdołaliśmy tak naprawdę przemyśleć swoje ruchy. Jakby nie było, gra w ruletkę została odhaczona, a 41$ postanowiłam wydać w sklepie z pamiątkami. Niestety sklep reklamujący się sloganem „The biggest gift shop in the world” okazał się być szczytem chińszczyzny w najgorszym wydaniu – dlatego zakupy zakończyły się niepowodzeniem.

Około 11:00 opuściliśmy progi Stratosphere i ruszyliśmy w kierunku Arizony zaliczając wcześniej sklep spożywczy i uzupełniając zapasy. Tego dnia poza pokonaniem 500 km dzielących nas od Grand Canyon Village w planie mieliśmy jedynie krótkie odwiedziny na Zaporze Hoovera. Ta wielka konstrukcja hydrotechniczna jest położona 50 km od Las Vegas przy trasie 93. Wysokość tamy to 220 m. Dla porównania zapora na Jeziorze Solińskim ma 80 m, a przecież też do małych nie należy. Zaporze Hoovera i utworzonemu przed nią Jezioru Mead charakteru dodają okoliczności przyrody – gołe strome skały komponują się z betonową konstrukcją tworząc razem niesamowity, surowy krajobraz. Beton i skały mają też inną właściwość – niemiłosiernie się nagrzewają, co sprawia, że w dzień na tamie jest jak na patelni. Dlatego zwiedzanie ograniczyliśmy do spaceru w tą i z powrotem, a następnie ruszyliśmy na trasę. Była 13:00, a nas tego dnia czekało jeszcze 450 km do pokonania.

Główną atrakcją przez dużą część drogi było obserwowanie deszczowych chmur, które przemieszczały się nad płaskim lądem niosąc ze sobą silny wiatr i ciemności. Wrażenie było ciekawe, bo dzięki rozległym niezabudowanym terenom można było bez przeszkód obserwować drogę granatowych, groźnych chmur. Kiedy jednak w Kingman w Arizonie, gdzie droga 93 dobiła do międzystanowej I-40, złapał nas jeden z tych pryszniców okazało się, że nie taki diabeł straszny. Fakt, że opady były bardzo intensywne i szalenie ograniczały widoczność, ale na szczęście deszcz ustał tak szybko, jak się pojawił. Potem mogliśmy wrócić do spokojnego obserwowania chmur z daleka. Dopiero następnego dnia, w Wielkim Kanionie, dowiedzieliśmy się, że w Arizonie do połowy września ma miejsce letni monsun, który raz po raz przynosi te nagłe intensywne opady deszczu.

Od Kingman jechaliśmy na wschód trasą międzystanową I-40. To ona zastąpiła słynną U.S. Route 66, przyczyniając się do jej śmierci. Ale Drogę Matkę mieliśmy odwiedzić za dwa dni. Tymczasem kierując się wygodną autostradą w stronę Wielkiego Kanionu kontemplowaliśmy żywo zmieniający się krajobraz. Suche stepy powoli ustępowały miejsca zielonym łąkom, a im bliżej byliśmy celu, tym więcej pojawiało się drzew. Było też coraz zimniej i coraz bardziej burczało nam w brzuchach.

Na posiłek zdecydowaliśmy się w Williams. To była dla nas miejscowość ostatniej szansy, bo w Williams z I-40 mieliśmy skręcić na północ na drogę 64, która wśród lasów biegła do samej południowej krawędzi Kanionu. Martwiąc się, że w Wielkim Kanionie będzie drogo, postanowiliśmy coś zjeść w ostatnim miasteczku przy głównej trasie. Wybór padł na Denny’s. Knajpki tej sieci widzieliśmy wielokrotnie w trakcie naszej podróży i byliśmy ciekawi, co w niej podają. Jak się okazało, nic godnego uwagi. Lokal jest co prawda stylizowany na knajpę „typowo amerykańską”, czyli taką, jakie widujemy w filmach. W menu królują hamburgery z różnymi dodatkami, frytki oraz naleśniki, a dokładnie nieco różniące się od naszych naleśników „pankejki”. We trójkę zjedliśmy po wybranym burgerze i popiliśmy wodą, co kosztowało około 30$. Kanapki były chłodne i leżały dość długo na żołądku. Tragedii nie było, ale do chińczyka się nie umywało.

A z wodą to kolejna historia… Ta była w prawdzie za darmo, ale dostarczyła specyficznych wrażeń. Jak zamawiasz wodę gazowaną („soda water”), to licz się z tym, że dostaniesz zwykłą mineralną z dodatkiem gazu z syfonu. Sądząc po smaku, tym razem była to kranówka z bąbelkami. Niczego nie brakowało mi w trakcie naszej wycieczki tak bardzo jak naszej mineralnej gazowanej.

Na trasę wróciliśmy, gdy zaczęło się już ściemniać. Przed nami było jeszcze ok 90 km w stronę południowej krawędzi Kanionu, czyli na północ. Od Williams droga 64 prowadzi na przemian przez las i łąki przez tereny prawie niezamieszkałe. Gdzieniegdzie jedynie obecność skrzynek pocztowych przy trasie sygnalizuje obecność ludzi w okolicy. Przez pewien czas oprócz malowniczo zachodzącego słońca na północnym zachodzie obserwowaliśmy też równie malowniczą chmurę, spod której jak z prysznica lał się deszcz. Nic dziwnego, że takie opady nazywa się je tutaj „showers”.

Do parku wjechaliśmy po 19:00. Gdy przejeżdżaliśmy szlabany, przy których ustawione były budki strażników parku, było już zupełnie ciemno. Kilkanaście minut później dojechaliśmy do kempingu. Zaskoczyła nas wszechobecna ciemność. Wzrok musiał się długo przyzwyczajać – szczególnie, że poprzednią noc spędziliśmy w Las Vegas, w mieście, w którym nigdy nie jest ciemno. W Grand Canyon Village mieliśmy zarezerwowane dwie noce na Mather Campground. Kiedy dojechaliśmy, w budce przy wjeździe nikogo nie było, a turyści odbijali się od niej po przeczytaniu kartki z informacją, że „miejsc wolnych brak”. Na szczęście mieliśmy rezerwację. Nasz pobyt przypadał akurat w weekend, więc to popularne miejsce było jeszcze bardziej zatłoczone niż zwykle. Tego tłoku nie należy jednak kojarzyć z chorobliwą gorączką, jaka odbywa się w Majówkę na Krupówkach, czy w lipcu na Monciaku w Sopocie. Kolejnego dnia na szlaku nie mieliśmy też okazji stać w kolejce, tak jak się nam to zdarzyło kilka lat temu przy podejściu na Giewont. Dla Amerykanów taki ruch w Wielkim Kanionie być może jest uciążliwy. Dla nas było całkiem sympatycznie.

Po przyjeździe na kempingu było jeszcze ciemniej niż na drodze prowadzącej do niego. Musieliśmy włączać długie światła, żeby wypatrzyć nasz numer miejsca. Rozkładanie namiotu było nie lada wyzwaniem. Ostatecznie jednak byliśmy na terenie Parku Narodowego, więc te ciemności były jak najbardziej na miejscu. Pomimo faktu, że liczący ponad 300 miejsc kemping był całkowicie zapełniony, nie było tego czuć. Przede wszystkim dlatego, że miejsca kempingowe były na prawdę duże – co najmniej wielkości średniej działki w naszych miejskich ogródkach działkowych. Poza tym, ciemność dodatkowo podkreślała uczucie odosobnienia. Co więcej, kultura kempingowa w USA reprezentuje bardzo wysoki poziom. Jest wesoło, ale po 22:00 wszyscy zachowują się bardzo cicho, tak żeby nie przeszkadzać sobie nawzajem.

Po rozłożeniu namiotu i posileniu się kanapkami zostało jeszcze tylko trochę czasu na prysznic. Wycieczka pod prysznic była jedyną uciążliwością na tym kempingu. Prysznice znajdują się tylko przy wjeździe, czyli dosyć daleko od większości miejsc kempingowych. Jeśli ktoś ma ochotę na kąpiel kilka razy dziennie, to musi się napedałować.

Prysznic kosztował 2$, a nocleg na kempingu 18$ za miejsce niezależnie od liczby osób (max. 8).

Tydzień w Parku Narodowym Wielkiego Kanionu kosztuje 25$ za cały samochód osobowy – niezależnie od liczby pasażerów.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s