Drugi dzień – Highway 1 i Big Sur

USA, wrzesień 2012

04.09.2012

Główną atrakcją drugiego dnia naszej wyprawy do USA była droga – trasa nr 1, czyli osławiona Highway 1, którą wszystkie przewodniki opisują jako obowiązkową atrakcję podczas zwiedzania Stanów Zjednoczonych. Przewodniki się w tym przypadku nie mylą. Zaraz za Los Angeles trasa zaczyna wić się nad brzegiem morza i tak prowadzi niemalże do samego San Francisco. Jej najpiękniejszy, najbardziej malowniczy fragment znany jest pod nazwą Big Sur. Właśnie tam zaplanowaliśmy nocleg.

Jazda zajęła nam jednak nieco dłużej niż planowaliśmy. Najpierw trochę czasu spędziliśmy w McDonaldzie, gdzie jak się okazało kawa była w najatrakcyjniejszej cenie (ok. 3$ za dużą kawę z mlekiem). Smakowała tam samo jak nasza kawa z McD, tylko była zaparzona w dwukrotnie większej ilości wody. Wypicie tego garnka kawy zajęło mi kilka godzin – skończyłam jak przejechaliśmy kilkaset kilometrów.

Niedługo po postoju na kawę okazało się, że Highway 1 jest piękna i bardzo kręta, a co za tym idzie trzeba jechać powoli.

Do odcinka Big Sur dojechaliśmy po około 200 km. Była 13:00.

Wspominałam, że droga nr 1 jest piękna, ale nie pisałam jeszcze, że przy odrobinie szczęścia można tam wypatrzeć pluskające się delfiny i orki. Poza widokami, raz po raz przy trasie pojawiają się kolejne atrakcje.

Pierwszą, którą zdecydowaliśmy się poznać bliżej, był dom magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta. W Polsce jest to postać mało znana, za to w USA kultowa, kojarzona głównie jako pierwowzór filmowego Obywatela Kane’a. Za życia Hearst posiadał kilkanaście czasopism, radio i telewizję. Nie wiadomo jak wyglądałyby dzisiejsze media, gdyby nie on. Bo to właśnie Hearst stworzył żółtą prasę. To jemu zawdzięczamy pojawienie się tabloidów.

Amerykanie odwiedzają posiadłość przy Highway 1 głównie ze względu na postać Hearst’a. My natomiast chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć dom słynnego bogacza. Posiadłość zlokalizowana jest na wzgórzach w paśmie Santa Lucia, 8 km w głąb lądu. Ze wzgórza rozciąga się piękny widok na ocean i wioskę San Simeon. Hearst budował swój zamek od 1919 roku przez 28 lat, aż do swojej śmierci i nigdy nie skończył. Posiadłość poraża widokami i nieziemskim bogactwem, ale w osłupienie wprawiają antyki, którymi posiadłość jest dosłownie oblepiona. W głównym salonie na ścianach znajdują stalle z XIV-wiecznych kościołów – u Hearst’a nie stanowiły dekoracji, ale służyły gościom do siedzenia. Jak trzeba było, to przycinał je i modyfikował do własnych potrzeb. Elewację zdobią nie mniej cenne pamiątki sprzed wieków. Kryty basen wyłożony jest weneckim szkłem i złotem, a na podłogach leżą perskie dywany, po których nie wolno chodzić (o czym przypomina grożący palcem przewodnik). To oczywiście tylko część niesamowitej listy. Ale wspomnieć muszę jeszcze o zoo. Niestety dziś go już nie zobaczymy, ale za czasów gdy dom ten odwiedzały gwiazdy Hollywood (wśród nich Charlie Chaplin), na terenie posiadłości znajdowało się zoo. Były w nim nawet niedźwiedzie polarne, dla których sprowadzano lód. Obecnie ostatnią pamiątką po zoo jest zebra, która pasie się na wzgórzach przy drodze razem z czarnymi krowami. Jadąc do San Simeon od południa można ją wypatrzyć po prawej stronie skubiącą trawkę na pastwiskach.

Odwiedziny w zamku nie należą do tanich atrakcji. Podstawowa wycieczka, czyli zwiedzanie głównego budynku to koszt 25$. Początkowo zastanawialiśmy się jeszcze, czy nie lepiej zobaczyć pałac z zewnątrz, a pieniądze zaoszczędzić. Jak się jednak okazało decyzja o zwiedzaniu była trafna. Przede wszystkim dlatego, że oglądanie pałacu z zewnątrz bez wykupienia biletu jest niemożliwe. Wejściówki kupuje się w centrum turystycznym już na dole. Tam też zostawia się auto. Do autobusu, który wiezie turystów na górę, wsiadają tylko właściciele biletów. Cena wysoka, ale wycieczka jest dobrze zorganizowana. Już w autobusie słyszymy historię Williama Randolpha Hearst’a ubarwioną muzyką z epoki. Przejażdżka serpentynami sama w sobie też dostarcza emocji.

Zwiedzanie pałacu zajęło nam prawie 3 godziny, a i tak mieliśmy wrażenie, że zaledwie przebiegliśmy przez posiadłość.

Niedługo potem mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć słonie morskie wygrzewające się na plaży kilka kilometrów na północ od San Simeon. Ta atrakcja była na szczęście zupełnie za darmo.

Ostatnim punktem programu, na który najbardziej czekałam, miał być McWay Falls – Wodospad McWay. Niestety zaczęło się ściemniać, nie zauważyliśmy parkingu i minęliśmy zejście. Szkoda, bo widok wody spadającej prosto na plażę jest jak z reklamy biura podróży i bardzo chciałam zobaczyć go na żywo. Jednak podstawowe instynkty – zmęczenie, zmrok i głód – wygrały. Nie zawróciliśmy, skupiając się już jedynie na planowaniu posiłku.

Ponieważ słońce coraz szybciej chowało się za linią oceanu, skierowaliśmy się prosto na kemping. Mieliśmy zarezerwowane miejsce na kempingu stanowym Pffeifer Big Sur – nieco oddalonym od samego brzegu morza. Niestety zlokalizowany tam sklep okazał się być słabo zaopatrzony, a ceny cóż… kurortowe. Kupiliśmy puszeczki tuńczyka i słodki chleb tostowy (tylko taki był). Posiłkiem składającym się z kanapek z tuńczykiem zakończyliśmy dzień. Pojawiło się też mocne postanowienie poprawy w kwestii aprowizacji.

Poza sklepowym zgrzytem kemping całkiem niezły – jeszcze większy od tego w Malibu. Obejście całego zajęłoby co najmniej godzinę. Miejsca kempingowe wyznaczone są pomiędzy wielkimi drzewami – sekwojami wieczniezielonymi (redwoods). Majestat drzew i bujna roślinność usiłująca wkraść się na teren kempingu sprawiają, że las nabiera prawdziwie mrocznego charakteru. W nocy słyszeliśmy jakieś kopytne zwierzęta buszujące w krzewach obok naszego miejsca, ale niestety (na szczęście?) żadnego żeśmy nie spotkali. Łazienki były skromne, ale pod prysznicami za 25 centów nie brakowało ciepłej wody, więc nie było powodu do narzekań. Trzeba natomiast przyznać, że była to najzimniejsza noc w trakcie całego wyjazdu. Wrześniowe noce w Kalifornii, na północ od Los Angeles okazały się być bardzo chłodne. Chcąc nocować pod namiotem trzeba zaopatrzyć się w swetry i ciepłe śpiwory.

Nocleg na kempingu Pffeifer Big Sur kosztował 35$ + 8$ opłaty rezerwacyjnej

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s