Jazda autem, Wallmart i Chińczyk

USA, wrzesień 2012

03.09.2012

Mocno trzymałam się uchwytu nad oknem, kiedy pokonywaliśmy pierwsze metry na amerykańskich ulicach. Bałam się, że zaskoczą nas zasady ruchu drogowego, albo zachowanie kierowców na drodze. Dodatkowo na wyobraźnie działał rozmiar miasta. Los Angeles ma prawie 4 mln mieszkańców, a cała aglomeracja ponad 15 mln! Na szczęście uliczki nieopodal wypożyczalni były spokojne, a miasto koło godz. 14:00 nie doświadczało jeszcze wzmożonego ruchu. Pozwoliło nam to przyzwyczaić się do nowego auta i nieco innych zasad ruchu.

Przede wszystkim, trzeba pamiętać, że na skrzyżowaniach w USA światła wiszą ZA skrzyżowaniem. Łatwo się zapomnieć i wjechać za daleko.

Po drugie, na krzyżówkach bez świateł skrzyżowanie najpierw opuszcza pojazd, który jako pierwszy na nie wjechał.

Po trzecie, jeśli odrębny znak nie mówi inaczej, na wszystkich krzyżówkach na czerwonym świetle można skręcać w prawo (tak jakby tam była nasza zielona strzałka).

Ograniczenia co do maksymalnej dozwolonej prędkości różnią się pomiędzy stanami. Jednak w miastach jest to zazwyczaj 35 mph, a na autostradach 55 – 70 mph.

Trzeba też szalenie uważać na przechodniów. W USA oni zawsze mają pierwszeństwo i WSZYSCY kierowcy pilnie przestrzegają tej zasady. Kiedy pieszy wchodzi na ulicę, nawet na parkingu koło sklepu, jadące kilkanaście metrów od niego auto już się zatrzymuje, żeby go przepuścić. To pewnie efekt horrendalnych odszkodowań, które płaci się w Stanach za spowodowanie uszczerbku na czyimś zdrowiu.

Ja osobiście nie mogłam się też przyzwyczaić do innego oznakowania świateł dla pieszych. Znak zastępujący nasze czerwone światło (STÓJ) to żółta „łapka”, a znak zamiast zielonego światła (IDŹ) to żółta postać idącego „ludka”. Mój mąż przekonywał mnie, że dla niego to oczywiste. Ja jednak za każdym razem stojąc na przejściu dla pieszych podświadomie czekałam na zielone światło, które ze zrozumiałych przyczyn się nie pojawiało. Ale o pieszych wędrówkach później…

Natomiast w podróżowaniu samochodem pomógł nam GPS. Podpieraliśmy się co prawda zakupioną wcześniej mapą, ale w miastach GPS był nie do przecenienia. Oczywiście w wypożyczalni zrezygnowaliśmy z nawigacji, bo kosztowała co najmniej 10$ za dzień. Na szczęście mojemu mężowi udało się ściągnąć próbną wersję nawigacji Sygic (dokładnie – Sygic: GPS Navigation), która była aktywna przez 2 tygodnie. Na prawdę świetnie się sprawdziła i nigdy nie wywiodła w pole. Co więcej, prowadziła trafnie nie tylko pod wskazane adresy ale także do najbliższych sklepów, restauracji i fastfoodów.

Wypróbowaliśmy ją już na samym początku w poszukiwaniu Wallmarta. Wallmart był konieczny, bo wcześniej na stronach tego sklepu upatrzyłam tanie karimaty. Namiot wzięliśmy z Polski, a karimata zajmowała za dużo miejsca. Stąd paląca potrzeba zakupienia tanich karimat. Na miejscu znaleźliśmy tylko jedną karimatę, ale były bardzo grube śpiwory po 15$ za sztukę, które posłużyły nam za materac w namiocie. W Wallamarcie kupiliśmy też podstawowe produkty jedzeniowe – chleb, wędlinę, owoce. Nie kupiliśmy natomiast piwa. Ku mojemu zdziwieniu w większości sklepów spożywczych w USA na próżno szukać alkoholu. Aby go nabyć trzeba szukać tzw. Liquor Store’ów. Na szczęście duży sklep tego typu znajdował się zaraz obok, więc byliśmy prawie gotowi, aby ruszyć na kemping. Byliśmy też nieziemsko zmęczeni i głodni.

Najpierw jednak kilka słów o cenach… Stany Zjednoczone nie są tanim krajem. W przeliczeniu na złotówki większość produktów wydaje się kosztowna. Jednak robiąc zakupy w hipermarketach, albo nawet „Dolarowcach” – sklepach marki „99¢” można zaopatrzyć się w praktycznie wszystko w rozsądnej cenie.

Przykładowe ceny w USA:

  • Chleb tostowy (w USA trudno o jakikolwiek inny!) – 2$
  • Twarożek do kanapek – 2,50 $
  • Worki na śmieci 10 szt. – 1$
  • Wielopak niegazowanej wody mineralnej (24 butelki – 0,5 l) – 3$ Nawiasem mówiąc gazowanej wody mineralnej w USA też ze świeczką szukać
  • Puszka tuńczyka rozdrobnionego w wodzie lub oleju 140g – 1$
  • Puszka tuńczyka w kawałkach w wodzie lub oleju 140g – 1,5$
  • Banan 1 szt. – 0,32¢
  • Wielopak piwa Corona lub Heineken (18 butelek po 0,33l) – 21$
  • Wino Sutter Home 0,75l – 4$

Jak wspomniałam, po tylu godzinach mocnych wrażeń byliśmy bardzo zmęczeni. Mój mąż, który już bywał wcześniej w USA – chociaż na wschodnim wybrzeżu – zasugerował, żeby iść na „Chińczyka”. „Chińczyk” u Chińczyka był gigantyczny. Duże „combo” – czyli wybrane dwie potrawy i ryż lub makaron, kosztowało 5$. Pani hojnie nam nałożyła, na tyle hojnie, że ciężko było domknąć opakowanie. Jedzenie też było bardzo smaczne. Szczególnie przypadł nam do gustu kurczak na ostro z warzywami – chociaż był naprawdę bardzo ostry. Kurczak pomarańczowy był trochę zbyt pomarańczowy i zbyt dosłownie słodki, ale i tak najedliśmy się nieprzyzwoicie. Została ponad połowa jedzenia. Trzeba było wziąć małe combo za 3,5 $…

Po tym nieprzyzwoitym obżarstwie opuściliśmy parking Wallmarta i ruszyliśmy w stronę Malibu. Pierwszy nocleg mieliśmy zarezerwowany w Parku Stanowym Leo Carillo w północno-zachodniej części Malibu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s